Wczorajszą sesję można uznać za korektę wzrostu cen, jaki miał miejsce w poniedziałek. Notowania rozpoczęliśmy nieźle, bo od wykreślenia luki hossy. Były to jeszcze echa wspomnianego wyskoku. W poniedziałek nie było sesji w USA, a więc początek notowań był wynikiem nastrojów jedynie rodzimych inwestorów. Szybko okazało się, że przy braku impulsów z zewnątrz te nastroje nie były wystarczające. Jeszcze przed rozpoczęciem handlu na rynku akcji kurs kontraktów spadł pod poniedziałkowe zamknięcie.
Zniżka się pogłębiała. Nie była to jednak silna wyprzedaż. Kurs obniżał się powoli, a każdy kolejny dołek był od poprzedniego oddalony o ledwie kilka punktów. Powolne tempo zniżki sprawiało, że korekta przez dłuższy czas nie osiągała głębokości, którą można byłoby uznać za przyzwoitą. Płytkość spadków sugerowała, że popyt cały czas trzyma rękę na pulsie.
Tuż po południu tempo przeceny wzrosło. Dzięki temu ceny dość szybko mogły dosięgnąć okolic pierwszego wsparcia przy 3070 pkt (38,2-proc. zniesienie ostatniej fali wzrostowej). Tuż nad tym poziomem ceny się zatrzymały i nastąpiło odbicie. Najpierw było dość niemrawe, ale powoli nabierało rumieńców. Zwyżce cen towarzyszyła zwiększona aktywność. Problem był z LOP. Ta już nie rosła tak ochoczo, jak w poniedziałek, czy jeszcze na początku wczorajszej sesji, co skłaniało do trzymania umysłów w pogotowiu. Wzrost był na tyle mocny, że doszło do wyznaczenia nowych maksimów sesji, ale tuż po tym kursy zawróciły. Po 15.00 spadek nabrał tempa. Zwłaszcza na rynku terminowym. Baza,
z +30 pkt rano, została wyzerowana.
Mimo tego dynamicznego spadku w ostatniej godzinie notowań nadal jestem zdania, że to tylko część korekty wzrostu