Sieć Wolności Gospodarczej pochwaliła Polskę, że w najnowszym zestawieniu przesunęła się o 20 pozycji w porównaniu z podobnym rankingiem sprzed roku. Teraz jesteśmy na 53. miejscu.
Może to kogoś zaskoczy, ale z pięciu czynników, branych pod uwagę przez autorów zestawienia, w czterech zanotowaliśmy poprawę. Okazuje się, że lepiej było pod względem "państwa prawa", "dobrego pieniądza", "swobody wymiany międzynarodowej", a także "regulacji działalności firm, rynku pracy i (co szczególnie istotne dla czytelników "Parkietu") rynku kapitałowego". Bez zmian pozostał tylko "rozmiar rządu". Czy mieliśmy ostatnio do czynienia z jakimś cudem, którego w dodatku wiele osób po prostu nie dostrzegało? Wyjaśnienie jest proste. Indeks obrazuje to, co działo się w zamierzchłych czasach - przed końcem 2004 r.
Czy to znaczy, że na tego typu indeksy w ogóle nie warto patrzeć? I tak, i nie. Warto, bo dla międzynarodowego koncernu, który zastanawia się, gdzie zlokalizować kolejny zakład, może to mieć znaczenie. Każdy wybrałby takie miejsce, w którym może spodziewać się lepszych warunków do prowadzenia biznesu. Z tego punktu widzenia śledzenie indeksu wolności gospodarczej ma oczywiście sens. I dobrze mieć świadomość, jak wiele dzieli nas od krajów, które faktycznie dbają o biznes.
Rozpaczać jednak za bardzo nie powinniśmy. Dlaczego? Inwestorzy mają świadomość, że Polska jest w dość szczególnej sytuacji. To duży rynek o wciąż ogromnym potencjale. To zaś liczy się nie mniej niż skala wolności gospodarczej.