Ta diagnoza wynika nie tylko z faktu, że S&P 500 utrzymuje się bardzo blisko tegorocznego szczytu, natomiast indeks rynków wschodzących od rekordowych notowań dzieli większa droga niż od czerwcowego dołka. Musimy też pamiętać o tym, co miało miejsce w maju i czerwcu. Spadek S&P 500 nie odbiegał dynamiką i wielkością od poprzednich korekt, jakie występowały od 2004 r. Czerwcowemu dołkowi towarzyszy przy tym zjawisko charakterystyczne dla końca wcześniejszych korekt. Znacznie podniosła się zmienność, 12-miesięczna zmiana zbliżyła się do 0, została przełamana 12-miesięczna średnia krocząca. Po trzech poprzednich korektach amerykańska giełda ustanawiała nowy szczyt, więc uzasadnione jest oczekiwanie, że stanie się tak również tym razem. Jeśli do tego nie dojdzie, otrzymamy poważny sygnał słabości.
Zbliża się
decydujący moment
Dużo gorzej prezentuje się sytuacja na rynkach wschodzących. Wygenerowane ostatnio sygnały sprzedaży w postaci przecięcia linii trendu biegnącej po wakacyjnych dołkach, a także zniżka poniżej szczytu z początku lipca, nakładają się na poważne ostrzeżenia przed zakończeniem trwającej ponad trzy lata hossy. Pojawiły się one w trakcie wyprzedaży z maja i czerwca. Doszło do przełamania głównej linii trendu rosnącego, a zniżka była większa od wcześniejszych korekt hossy. Dynamika przeceny również przekraczała poziomy występujące w ostatnich latach.
Jedynym punktem odniesienia dla przeceny zapoczątkowanej w połowie maja są wydarzenia z wiosny 2004 r. Wtedy również inwestorzy stanęli wobec perspektywy zwolnienia światowej gospodarki. Z tym, że teraz wiąże się ona z obawami głównie o koniunkturę w Stanach Zjednoczonych, wiosną 2004 r. zagrożenie wynikało przede wszystkim z działań chińskich władz zmierzających do wyhamowania tempa wzrostu tamtejszej gospodarki. Is-totną różnicą jest też to, że dwa i pół roku temu rynki dopiero przygotowywały się do podwyżek stóp procentowych w USA, teraz cykl zaostrzania polityki pieniężnej albo się już zakończył, albo jest bardzo bliski końca.