Jeden z moich znajomych kilka lat temu uporczywie zapraszał mnie na spotkanie w bardzo ważnej - jak zapowiadał - sprawie. Termin był mi wyjątkowo nie na rękę. Pomyślałem jednak, że skoro mojemu znajomemu tak na tym zależy, zaproszenie wypada przyjąć. Zmieniłem więc plany, przesunąłem inne spotkania i pojechałem. Gdy stanąłem przed drzwiami, okazało się, że mojego znajomego w domu? nie ma. Jego żona wyjaśniła, że musiał wyjechać... Była to moja ostatnia wizyta u tego człowieka.
Historia ta przypomniała mi się, gdy w sobotę usłyszałem, że premier Jarosław Kaczyński spotka się z Zytą Gilowską dopiero w przyszłym tygodniu, a nie - jak planowano wcześniej - zaraz po powrocie ze Stanów Zjednoczonych. Na oświadczenie w sprawie ewentualnego powrotu pani profesor do rządu przyjdzie więc nam poczekać kolejnych kilka dni.
Odnoszę wrażenie, że premier Jarosław Kaczyński zaproponował Zycie Gilowskiej rządową posadę tylko pro forma. Naprawdę jednak wcale nie chce mieć byłej wicepremier w swojej drużynie. Przecież panią profesor udało się już kiedyś "nawrócić" na PiS-owskie postrzeganie gospodarki. Osiągnięto już sukces propagandowy. Teraz Zyta Gilowska w rządzie nie jest już PiS-owi do niczego potrzebna. Przeciwnie - mogłaby być nawet kłopotem. Dlatego też premier robi wszystko, żeby Gilowska do Ministerstwa Finansów jednak nie wracała.
Odwołanie sobotniego spotkania to kolejny "prztyczek", który ma ostudzić ewentualny zapał pani profesor.