To osiemnasty zamach stanu w okresie 60 lat. Inwestorzy zareagowali wyprzedażą miejscowej waluty, wzrosło ryzyko obniżenia ratingu dla papierów rządowych. Kryzys w Tajlandii spowodował też spadek indeksów giełdowych na azjatyckich rynkach.
Banki i giełda papierów wartościowych w Bangkoku, stolicy Tajlandii, były wczoraj nieczynne, ale na rynku walutowym miejscowy baht stracił 1,3 proc. do amerykańskiego dolara. Od początku roku wciąż ma jednak 8,8 proc. zysku.
Monarchia króla Bhumibola Adulyadeja (78 l.) przeżywa najgłębszy kryzys od 1997 r., kiedy dewaluacja bahta wywołała reakcję łańcuchową w regionie i spadek kursów innych walut.
Tym razem skutki są mniejsze, bo sytuacja w regionie jest inna. Przed dziewięciu laty banki były nadmiernie uzależnione od krótkoterminowego kapitału zagranicznego i jego ucieczka doprowadziła do kryzysu. Filipińskie peso wczoraj straciło 0,3 proc. do dolara amerykańskiego, indonezyjska rupia i malezyjski ringgit zaś po 0,1 proc. Nie wiadomo, według jakiego scenariusza potoczą się dalsze wydarzenia. Armia wykorzystała nieobecność premiera Thaksina Shinawatry, który przebywał w Nowym Jorku na sesji ONZ. Obowiązki szefa rządu przejął generał Sondhi Boonyarataklin.
Kryzys narastał od kilku miesięcy. Krytyka premiera zaczęła się nasilać, kiedy rodzina tego miliardera postanowiła sprzedać udziały w holdingu Shin Corp. i nie zapłaciła podatku. Za 1,9 miliarda dolarów kupiła je grupa inwestorów z singapurską firmą państwową Temasek Holdings na czele. Thaksin w lutym rozwiązał parlament i na kwiecień wyznaczył datę wyborów, które opozycja zbojkotowała, a sąd je unieważnił. Od tego czasu jego rząd miał charakter przejściowy.