Dane GUS na temat inflacji w sierpniu po raz kolejny okazały się przykrą niespodzianką. Podobnie jak w lipcu, inflacja w sierpniu była wyższa, niż wskazywały szacunki Ministerstwa Finansów i oczekiwali wszyscy analitycy rynkowi. Czy to oznacza, że procesy cenowe w naszym kraju wymykają się spod kontroli i hydra inflacji mocno podnosi głowę?
Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba przede wszystkim właściwie rozumieć pojęcie inflacji. Należy ją dokładnie odróżniać od wskaźników zmian cen (jedynie potocznie zwanych inflacją, jak słusznie podkreśla przy okazji publikacji danych Główny Urząd Statystyczny). Inflacja to trwały proces wzrostu przeciętnego poziomu cen w gospodarce. Wskaźnik zmian cen to natomiast jedynie pewna liczba, pokazująca, o ile ceny zmieniły się w danym okresie. Oczywiście różne wskaźniki zmian cen (CPI dla cen konsumpcyjnych, PPI dla cen produkcji czy też miary inflacji bazowej konstruowane w celu wyodrębnienia rdzenia procesów inflacyjnych) są bardzo ważnym miernikiem bieżącej presji inflacyjnej. Czasami jednak konkretne wartości bieżących wskaźników zmian cen niewiele mówią, a wyjątkowo niewiele o przyszłej presji inflacyjnej.
Wpływ jednorazowych wydarzeń (np. zmiany stawek podatkowych, podażowego szoku na rynku żywności) powoduje często, że wskaźnik inflacji zmienia się, ale nie musi to wcale oznaczać wzrostu inflacji rozumianej zgodnie z podaną wyżej definicją, a więc nie zmienia się w ogóle siła trwałego procesu wzrostu przeciętnego poziomu cen.
Chociaż teoria ekonomii mówi, że umiarkowana inflacja - w granicach 1-4 proc., jak często definiuje się cele inflacyjne różnych banków centralnych - może być korzystna dla gospodarki, to w myśl badań naukowych i doświadczeń różnych gospodarek wynika, że nadmierna inflacja jest niedobra dla rozwoju gospodarczego i należy ją zwalczać. Wśród ekonomistów panuje w tej sprawie bardzo szeroki konsensus. Nie zawsze jednak panuje zgoda co do tego, czy w danych warunkach istnieje zagrożenie nasileniem trwałego procesu wzrostu przeciętnego poziomu cen. W konkretnych przypadkach pojawia się wiele kontrowersji. Jest tak między innymi obecnie w Polsce.
Sygnałami świadczącymi o zagrożeniu są przede wszystkim rosnące z miesiąca na miesiąc wskaźniki bieżącej inflacji. Do tego dochodzi trwający od dłuższego czasu przyrost zatrudnienia, który razem z emigracją zarobkową rodzi obawy o to, że za jakiś czas może zabraknąć rąk do pracy. To wzmogłoby naciski na wzrost płac, a co za tym idzie zwiększyło presję inflacyjną. Z drugiej strony barykady padają inne argumenty. Wskazuje się na przykład na dynamicznie rosnącą wydajność pracy, utrzymujące się dezinflacyjne efekty globalizacji w postaci ekspansji na światowych rynkach dóbr z krajów o niskich kosztach wytwarzania, takich jak Chiny. Konkurencja z ich strony uniemożliwia podnoszenie cen przez krajowych producentów. Poza tym wskazuje się, że wysokie ceny surowców i niedobór siły roboczej mogą doprowadzić raczej do spowolnienia wzrostu gospodarczego niż trwałego przyspieszenia wzrostu cen.