Wtorkową sesję najstarszy amerykański indeks Dow Jones Industrial Average zamknął na najwyższym poziomie w historii. Od poprzedniego takiego osiągnięcia minęło przeszło 6 lat. Jak na standardy lat 90. ubiegłego wieku, w których zdarzały się lata, kiedy co chwilę mieliśmy kolejne maksimum, to bardzo długo. Z drugiej strony ten sam indeks nie mógł przebić się powyżej 1 tys. punktów przez 16 lat (1966-1982). Ale DJIA prezentuje tylko niewielki wycinek tamtejszego rynku - wyliczany jest w oparciu o kursy trzydziestu gigantów amerykańskiego przemysłu. Uważany za lepszy miernik koniunktury S&P 500 ma do wierzchołka z marca 2000 roku jeszcze ponad 10 proc., w przypadku obrazującego trend w sektorze technologicznym Nasdaq Composite rozmowa o rekordzie nie ma sensu. A jednak, jak zauważył Mark Hulbert komentujący wydarzenia na amerykańskim rynku dla serwisu Marketwatch, inwestor, który miał nieszczęście kupić akcje na szczycie w 2000 roku i dotychczas ich nie sprzedał, w zeszłym tygodniu wreszcie wyszedł na plus (zakładając, że reinwestował dywidendy). Rekord z 2000 roku pobił bowiem indeks DJ Wilshire 5000, obejmujący wszystkie notowane na amerykańskich rynkach spółki.
Fakt ten nie ma większego inwestycyjnego znaczenia poza stwierdzeniem, że w 2000 roku nie zaczęła się bessa wszech czasów. Skłania jednak do zastanowienia się, jaką my przyjęlibyśmy postawę, gdyby kupione przez nas akcje (albo jednostki TFI) nie przynosiły przez dłuższy czas zysku? Jesteśmy w stanie zaakceptować taką sytuację przez 6 lat? Tak? A przez 16?