Na naszej giełdzie zawitała fala umiarkowanego optymizmu. Zdecydowanie lepsze nastroje towarzyszą inwestorom już od tygodnia, ale kluczowe znaczenie miała sesja wtorkowa. Na jej zakończenie WIG pobił swój rekord wszech czasów, a WIG20 uporał się wreszcie ze spadkową linią trendu poprowadzoną po szczytach z maja i lipca tego roku. Nadziei na pozytywny rozwój wydarzeń należy upatrywać nie tylko w fakcie, że indeksy wzrosły, ale również w tym, iż była to zwyżka poparta obrotami. Na rynku wyraźnie pojawił się kapitał, który prawdopodobnie nie ograniczy się tylko do jednodniowego ataku. Nie można oczywiście wykluczyć ruchu powrotnego (stąd być może wczorajszy brak zdecydowania), ale podjęcie próby zmierzenia się z historycznym szczytem również indeksu największych spółek wydaje się jak najbardziej prawdopodobne.

We wczorajszym przebiegu sesji może wprawdzie niepokoić tempo ruchów spadkowych (zarówno tego przed-, jak i popołudniowego), które charakteryzowały się znacznie większą dynamiką niż mozolne zdobywanie terenu przez byki. Ale dopóki wspomniana przełamana linia trendu pozostaje niezagrożona, większe szanse należy dawać scenariuszowi wzrostowemu. Zagrożeniem dla takiego rozwoju sytuacji może być pogorszenie koniunktury na Zachodzie, zwłaszcza w USA, oraz kondycja rynków surowcowych mogąca powstrzymać aprecjację niedawnych lokomotyw hossy: PKN czy KGHM. Same

banki do ataku na szczyt nie wystarczą.

Polityka na razie zeszła na dalszy plan. Inwestorzy przywykli już do mało estetycznej "młócki na górze" i niewiele sobie robią z patetycznych słów polityków, nie tyle groźnych, co smutno-śmiesznych, niczym posłanka Beger w białym żakiecie. Pewien problem mógłby pojawić się podczas głosowania nad budżetem, ale wszystko wskazuje na to, że Andrzej Lepper znowu nie jest człowiekiem o "marnej reputacji", a więc i bać się nie ma czego. No, chyba że koalicja po liftingu spełni wszystkie żądania budżetowe przewodniczącego Samoobrony i da wszystkim. Miejmy jednak nadzieję, że zdrowy rozsądek zwycięży.