Notowania rozpoczęły się blisko poziomu zamknięcia poprzedniej sesji. Na kasowym było podobnie, a ceny nawet przez chwilę spadały. Aktywność w czasie tego spadku nie była jednak duża. Jeszcze przed południem mocniej zaatakował popyt. Pojawiły się kosze zleceń kupna i cały spadek z poprzednich dni został w kilka chwil odrobiony. Co ważne, w czasie tej szybkiej zwyżki równie szybko wzrosła aktywność.
Przez dłuższy czas rynek przebywał w konsolidacji. Była to zarazem korekta wspomnianego szybkiego wzrostu cen. Płytkie korekty sugerują zazwyczaj, że wzrost się jeszcze nie zakończył i będzie kontynuowany. Przez dłuższy czas nic się nie działo, ale tuż po publikacji danych w USA o 14.30 wszystko powróciło do normy. Końcówka sesji przebiegała wzrostowo - notowaliśmy nowe maksima sesji. Technicznie wszystko idzie po myśli posiadaczy długich pozycji. Po wyskoku cen w ubiegłym tygodniu mieliśmy dwa dni przestoju, ale ten jest już za nami i pojawiły się nowe maksima tego ruchu cen.
Mamy za sobą kolejną sesję silnego wzrostu liczby otwartych pozycji (LOP). Przekroczyła ona już poziom 62 tys. sztuk. Trzeba to odebrać pozytywnie, choć, oczywiście, zadziwia upór, z jakim niedźwiedzie bronią swoich racji. Świadomość, że duża część z tych nowych pozycji to wynik arbitrażu, nie zmienia faktu, że na razie nie widać kapitulacji strony podażowej. Wygląda na to, że walka ta będzie trwała aż do chwili zbliżenia się do poziomu szczytu z maja br.
W ciągu dnia pojawiły się dwie informacje, które mogą wskazywać, że jest szansa na poprawę sytuacji na amerykańskim rynku nieruchomości. Indeks złożonych wniosków o kredyt hipoteczny wprawdzie spadł po raz kolejny (tym razem o 2,2 proc.), ale nadal jego wartość jest wyższa od dołka sprzed pamiętnego wyskoku, jaki miał miejsce przed dwoma tygodniami. Pamiętnego, bo będącego podstawą do twierdzeń, że najgorsze na rynku nieruchomości w Stanach może być już za nami. Twierdzeń nie byle kogo, bo samego Alana Greenspana. Ciekawa jest szczególnie struktura tego indeksu. Subindeks nowych kredytów wzrósł o 0,4 proc., przy spadku kredytów refinansujących o ponad 5 proc. To najważniejsza przesłanka sugerująca, że Greenspan może mieć rację, bo to właśnie nowe kredyty pomagają sektorowi budowlanemu. Później opublikowany wzrost liczby nowych budów także sygnalizuje, że załamania na rynku nieruchomości na razie nie ma.