Kurs dolara umocnił się wczoraj zarówno w stosunku do euro, jak i do jena, gdyż wzrosło prawdopodobieństwo powrotu Rezerwy Federalnej do podnoszenia stóp. Wprawdzie ekonomiści i analitycy nadal są przekonani, że nie będzie takiej decyzji na najbliższym posiedzeniu kończącym się w środę, ale też niewielu jest już takich, którzy zapowiadaliby obniżanie stóp przez bank centralny USA.

Jego eksperci obniżyli ostatnio z 3,5 proc. obowiązujących pod koniec minionej dekady, do 2,7 proc. tempo wzrostu gospodarczego, które nie powoduje przyspieszenia inflacji. W obecnym półroczu amerykańska gospodarka ma się rozwijać w tempie 2,5 proc., ale na następne przewiduje się już 2,9 proc. Wprawdzie tonująco na presję inflacyjną wpływa spadek ceny ropy naftowej, ale członków Federalnego Komitetu Rynku Otwartego (FOMC), decydujących o poziomie stóp, bardzo zaniepokoił 2,5-proc. poziom bazowej inflacji w USA w minionym roku, co znacznie przekracza uznany przez Fed za bezpieczny przedział od 1 do 2 proc. Jeśli taka tendencja utrzyma się, to ponownych podwyżek stóp w USA wielu analityków oczekuje już w przyszłym półroczu.

W strefie euro perspektywa ta jest o wiele bliższa. Potwierdzają to w wypowiedziach prasowych liczni przedstawiciele rady Europejskiego Banku Centralnego. Ostatnio jeden z nich, Nout Wellink, szef banku centralnego Holandii, określił poziom stóp w eurolandzie jako "bardzo niski" i dał do zrozumienia, że już na początku przyszłego roku będzie opowiadał się za ich podniesieniem. Uzasadnił takie stanowisko tym, że inflacja w strefie euro wciąż utrzymuje się ponad docelowym poziomem 2 proc. Za podniesieniem stóp przemawia jednak przede wszystkim to, że gospodarka "stopniowo wchodzi na pełne obroty, a to musi nasilić presję płacową i w rezultacie inflacyjną" - powiedział Wellink.

Szef EBC Jean-Claude Trichet sygnalizował, że wobec najszybszego od sześciu lat rozwoju gospodarczego strefy euro, bank będzie zmuszony już w grudniu podnieść stopy. Bez tego nie da się powstrzymać inflacji.

Bloomberg