Już niedługo dowiemy się, kto za niecałe dwa miesiące usiądzie zamiast Leszka Balcerowicza w fotelu prezesa NBP. Jeszcze kilka, kilkanaście dni niepewności i sprawa się wyjaśni. Co wtedy? Mogą przecież spełnić się najgorsze obawy, że prezesem zostanie ktoś zupełnie nieznany i niemający żadnego doświadczenia w polityce pieniężnej i kontaktach z rynkami finansowymi. Czy taka osoba doprowadzi do całkowitego paraliżu polityki pieniężnej i za euro będziemy płacić niedługo na przykład 5 zł (wczoraj pisaliśmy w "Parkiecie", że złoty powinien dalej się umacniać)?

Prawidłowa odpowiedź brzmi - może być trochę śmiechu i lekkie zamieszanie, ale nowemu prezesowi psuć nie będzie łatwo. Po pierwsze - w polityce pieniężnej będzie to tylko "jeden z dziesięciu". W innych sprawach musi liczyć się ze zdaniem członków zarządu (których nie będzie dobierał ot tak sobie, bo - zgodnie z ustawą o NBP - są to stanowiska kadencyjne).

Gdy na początku lat 90. prezesem NBP została Hanna Gronkiewicz-Waltz, to również nie była posądzana o wnikliwą znajomość bankowości centralnej. Ale radziła sobie - przez pełne półtorej kadencji. W gruncie rzeczy podobnie było z Leszkiem Balcerowiczem. Dziś jest uważany za symbol banku centralnego. Ale sześć lat temu wszyscy głowili się, jak sobie poradzi na stanowisku prezesa, bo doświadczenia z bankowością centralną miał głównie takie, że patrzył w okna NBP ze swojego gabinetu w Ministerstwie Finansów po drugiej stronie ulicy. I jakoś się udało. Miejmy więc nadzieję, że tym razem będzie podobnie (choć ta nadzieja podszyta jest - mimo wszystko - nutką niepewności).