Gdyby wierzyć suchym statystykom unijnym, jesteśmy po Węgrzech, Grecji i Portugalii najgorzej "prowadzącym się" krajem Wspólnoty. Tak jak one nie umiemy sobie poradzić z ograniczeniem deficytu budżetu poniżej 3 proc PKB. Co więcej, Komisja Europejska przypuszcza, że nie poradzimy sobie przez kolejne dwa lata. Dlatego należy się nam reprymenda. Jutro większością dwóch trzecich głosów jej treść zatwierdzą ministrowie finansów krajów członkowskich.
Prognozy spychające Polskę do grona "czarnych owiec" Unii zatwierdza Joaquín Almunia, hiszpański komisarz unijny ds. polityki gospodarczej i pieniężnej. Podpis brukselskiego eurokraty daje pewność, że szacunki są "obiektywne". Jakaż szkoda, że już od dwóch lat nietrafione.
Bruksela wymaga od nas, byśmy co roku obniżali deficyt o niemal 10 mld zł. Postulat ekonomicznie uzasadniony, politycznie trudny jednak do spełnienia. Dobrze byłoby, gdyby komisarz Almunia przypomniał sobie rok 1986, kiedy był ministrem rządu w Madrycie, a jego kraj wchodził do Unii. Deficyt hiszpańskiego budżetu oscylował wówczas wokół 6 proc. PKB. I pozostał w tych granicach do 1990 r. To m.in. luźna polityka fiskalna pozwoliła ówczesnemu lewicowemu premierowi Felipe Gonzálezowi Márquezowi utrzymać się przy władzy aż do 1996 r.
W Polsce ani lewica, ani prawica nie mają takich możliwości. To dobrze, bo nikt już nie boi się pułapki zadłużeniowej. Tyle że Unia wymaga od rządu wspartego na populistach zbyt mocnego zaciskania pasa. "Stare" kraje Wspólnoty miały kiedyś w nim znacznie więcej dziurek.