Akcje PR-owskie długofalowo pozwalają zdobywać nowych klientów, jednak krótkoterminowo pobudzają raczej konkurencję. Świadczą o tym odzewy czytelników: żaden z nich nie jest potencjalnym klientem, większość to moi koledzy po fachu. Po tym, jak ostatnio ukazał się mój felieton w "Parkiecie" o tym, że zostałem coachem, dostałem od czytelnika e-mail następującej treści:
"Z wielkim zainteresowaniem czytałem o pana historii, szczególnie że ja też zamierzam działać w tym zawodzie (...) Długo się wstrzymywałem przed wysłaniem tego e-maila do Pana. Jednak w końcu zaryzykuję pytając, jak zostać coachem?".
Czuję się zobowiązany, żeby wysłać odpowiedź. Przecież cała inwestycja PR może runąć w gruzach, jeśli zaniedba się nawet najdrobniejsze prośby - choćby jednego zwolennika. Właściwie to jest bardzo dobre, lecz trudne pytanie. Jak to się stało, że zostałem coachem i jakich porad w tej dziedzinie mógłbym udzielić innym?
Kilka dni siedziałem nad tym pytaniem, ale nic konstruktywnego mi z tego nie wyszło. Co za szatańskie zagadnienie?! Wprowadza mnie w wątpliwości, czy dosłownie mogę nazywać się coachem? To, że nie wiem, jak się nim zostaje, może znaczyć, że jeszcze nim nie jestem. Gdybym przechodził przez wszystkie poziomy certyfikacji, mógłbym powiedzieć o idealnym cursusie. Ale czy na pewno o to chodzi?
Muszę znaleźć odpowiedź. To nie może męczyć mnie dalej. Mam sposób: kiedy głębokie refleksje nie przynoszą rezultatów, zwykle spontaniczna improwizacja daje iskrę. Dlatego spotkam się z moim wielbicielem.