Fakt, że WIG20 nie przebił
jeszcze majowego szczytu - w przeciwieństwie do indeksów rynków rozwiniętych - nie jest szczególnie zaskakujący, biorąc pod uwagę jeszcze słabsze zachowanie innych wschodzących rynków akcji w naszym regionie. Przykładowo na Węgrzech daleko jest do hossy takiej, jaka panowała w poprzednich latach. Indeks BUX w mozolnym tempie wspina się w górę. Trend ten obrazuje już od pięciu miesięcy lekko wznoszący się kanał o szerokości ok. 2 tys. pkt. Wrażenia nie robi także wykres rocznej dynamiki indeksu, który od prawie pół roku nie przekracza 15 proc., podczas gdy w poprzednich latach normą były jego wartości na poziomie kilkudziesięciu procent. Nawet wybicie BUX-a ze wspomnianego kanału nie byłoby przełomem, gdyż do pokonania pozostaje jeszcze majowy szczyt (25416 pkt). Jeszcze słabiej wygląda wykres tureckiego ISE 100. Indeks nie odrobił jeszcze nawet połowy strat z przeceny w pierwszej połowie roku. Roczna stopa zwrotu z indeksu jest na poziomie ok. 10 proc. - najniżej od ponad trzech lat. To właśnie ten rynek należał do najbardziej poszkodowanych w czasie majowej ucieczki kapitałów z rynków wschodzących, a szczyt indeksu wypadł w Turcji już w końcu lutego (47728,5 pkt). Ówczesna słabość zdawała się dawać nadzieję, że kursy akcji szybko zaczną nadrabiać niezasłużone pozornie straty w stosunku do innych rynków wschodzących. Przed kilkoma miesiącami pojawiły się entuzjastyczne rekomendacje niektórych analityków globalnych instytucji zalecające większe zaangażowanie właśnie w tureckie akcje, szczególnie banków. Dotąd wciąż jednak nic nie wskazuje, by rynek turecki stał się gwiazdą emerging markets. Szczególnie słabo wyglądają notowania tamtejszych banków (które w indeksie ISE 100 odgrywają nawet większą rolę niż polskie banki w WIG20). Kursy potentatów takich jak Turkiye Is Bankasi (największa turecka spółka giełdowa) czy Akbank z trudem podnoszą się z trendów spadkowych.