Od drugiego kwartału 2007 r. ubezpieczyciele będą zobowiązani do odprowadzania odpisu na rzecz Narodowego Funduszu Zdrowia. Ma on wynosić 12 proc. od całości przypisu, zebranego z OC komunikacyjnego.
Odkąd tylko pojawił się pomysł, by z pieniędzy ubezpieczycieli finansowano leczenie ofiar wypadków, z Ministerstwem Zdrowia zaczęła współpracować Polska Izba Ubezpieczeń. Konsultacje z autorami projektu wielkich sukcesów nie przyniosły. Udało się obniżyć odpis do NFZ z 20 do 12 proc. Ale póki ustawy nie podpisze prezydent, izba wciąż będzie reprezentować ubezpieczycieli. - Tak jest zawsze w przypadku nowych przepisów - mówi Andrzej Maciążek, dyrektor Biura Zarządu PIU. Ponieważ za prace przy OC odpowiedzialna jest izba, sami ubezpieczyciele rzadko otwarcie wypowiadają się na temat projektu ustawy. Nieoficjalnie jednak przyznają, że nowe prawo ma wiele wad.
Nie wiadomo kto i za co płaci
Oczywiste, że do leczenia ofiar wypadków najbardziej dołożą się ci, którzy płacą najwyższe składki. Po pierwsze więc mieszkańcy dużych miast. Tam, gdzie aut najwięcej, tam najłatwiej o wypadek. Po drugie, grupy zawodowe, które samochodu używają jako narzędzia pracy, a więc np. taksówkarze. No i po trzecie, szkoły nauki jazdy. Samochody z literą L na dachu to dla towarzystw podwyższone ryzyko.
Mogłoby się wydawać, że wszystko załatwione jest uczciwie - masz najwięcej wypadków, a więc w najwyższym stopniu dokładasz się do leczenia ofiar. Tyle że autorzy ustawy nie zwrócili uwagi na jedną rzecz. Mieszkańcy dużych miast, taksówkarze, i "elki" powodują częste szkody, ale nie ludziom, tylko... na mieniu. Chodzi o wszelkiego rodzaju stłuczki czy szkody parkingowe. Ranni czy zabici zdarzają się względnie rzadko. A więc do leczenia ofiar wypadków dokładają się ci, którzy za ofiary w ludziach nie odpowiadają.