Nasdaq Composite rozpoczął czwartkowe notowania od wzrostu. Niewiele po otwarciu indeks ten przełamał opór, jaki na 2466 pkt tworzył szczyt z 22 listopada ub.r. Z punktu widzenia analizy technicznej, czwartkowa sesja miała więc niezwykle istotne znacznie. Była bowiem "drzwiami" do 2650 pkt, czyli do poziomu wyznaczonego przez 38,2-proc. zniesienie bessy z lat 2000-2002. Szczególnie że kolejny wzrost Nasdaqa musiał prowadzić do zanegowania kilku wygenerowanych w ostatnich tygodniach sygnałów sprzedaży.
W nieco gorszej sytuacji technicznej jest S&P500. Pomimo że wciąż pozostaje on blisko szczytów, to na przestrzeni ostatnich dwóch miesięcy zostały wygenerowane istotne sygnały sprzedaży. Dodając do tego liczne negatywne dywergencje, wydaje się, że brakuje jedynie zapalnika do wyzwolenia mocniejszej korekty. Szczególnie że S&P500 nie doświadczył takiej od połowy lipca 2006 roku. Do zanegowania tych wszystkich niepokojących sygnałów nie wystarczy wybicie ponad grudniowy szczyt na poziomie 1427,1 pkt. Stąd też obecnie mniejszym ryzykiem inwestycyjnym opatrzony jest rynek technologiczny. Sytuacja na amerykańskim rynku akcji jest jedną z większych niespodzianek ostatnich miesięcy. Pomimo spowalniającej gospodarki, spowolnienia na rynku nieruchomości, balansującego na skraju recesji sektora produkcyjnego, czy też wciąż wysokiej inflacji bazowej, główne indeksy suną powoli do góry. Nie jest to też dyskontowanie lepszej sytuacji w przyszłości, bowiem wszystkie prognozy wskazują, że najbliższe miesiące, jeżeli nawet nie będą gorsze, to na pewno nie będą lepsze. Dotychczasowy brak wrażliwości Wall Street na słabsze dane makroekonomiczne sprawia, że trudno obecnie prognozować korektę na tej podstawie. Można jedynie przypuszczać, że gdyby poważnie wzrosła presja inflacyjna, a co za tym idzie, ryzyko podwyżki stóp procentowych przez Fed, to mogłoby to stanowić impuls do korekty. Chociaż z drugiej strony, znając życie, ta pewnie przyjdzie w najmniej oczekiwanym momencie.