W piątek rano gracze stanęli przed dużym dylematem. Czy reagować na opublikowane w czwartek po sesji w USA dobre wyniki Microsoftu i grać pod ewentualne piątkowe wzrosty za oceanem? Czy też może wziąć sobie do serca trzy fatalne sesje na GPW z ostatniego tygodnia, które indeks dużych spółek zaczynał od mocnych wzrostów, a kończył na minusach. I czy może zacząć martwić się czwartkową silną przeceną na Wall Street, wzrostem rentowności amerykańskich obligacji do 5-miesięcznego maksimum i coraz słabszym zachowaniem złotego?
Na otwarciu górę wzięły obawy. WIG20 rozpoczął notowania na poziomie 3360,1 pkt, tracąc 1,14 proc. Później było jednak już tylko lepiej. Z pomocą rodzimym graczom przyszły bowiem czołowe giełdy europejskie. Po zniżce na
początku dnia zaczęły one powoli odrabiać straty. Proces ten
przyśpieszył po godzinie 14.30. Opublikowane wówczas dobre dane o grudniowych zamówieniach na dobra trwałego użytku w USA pozwoliły wyjść europejskim indeksom na plusy. To dało dodatkowy impuls do wzrostu WIG20. Co prawda, po nie najlepszym początku w USA sytuacja w Europie się odwróciła, ale GPW już na to nie zareagowała. Ostatecznie WIG20 zakończył wczorajsze notowania na poziomie 3405 pkt, zyskując 0,18 proc.
Piątkowe zachowanie nie jest zaskoczeniem. Jakkolwiek w ostatnim tygodniu można było zaobserwować dystrybucję akcji blisko szczytów to bez zdecydowanych impulsów podażowych, w tym głównie z amerykańskiego rynku akcji, niewielu jest chętnych do wychodzenia przed szereg i pozbywania się akcji. Inwestorzy zdają sobie sprawę, że klucz do spadków leży na Wall Street. Dopóki więc tam nie zacznie się duża korekta (a może nawet bessa?), jedyne na co można liczyć to pompowanie cen akcji w Warszawie przez rodzime fundusze, mocno zasilane świeżą gotówkę.