Reklama

To nie koniec zniżek

Większość argumentów wskazuje na przedłużenie dekoniunktury na światowych giełdach. W szczególnym zagrożeniu znajdują się rynki wschodzące

Publikacja: 10.03.2007 10:10

Wydarzenia ostatnich dwóch tygodni spowodowały, że tegoroczny bilans zysków i strat na światowych parkietach akcji jest bliski zera. Wyraźnie lepiej wypada dla rynków dojrzałych niż wschodzących. Pierwsze są 0,2 proc. na plusie, drugie 2,5 proc. pod kreską. Są powody, dla których trzeba liczyć się z pogorszeniem tego bilansu.

Martwi jakość odbicia

W krótkim terminie najważniejszym z nich jest jakość odbicia na amerykańskim parkiecie. Wydaje się, że po początkowej koncentracji uwagi inwestorów na wydarzeniach w Azji znów znalazł się w centrum zainteresowania. Stąd płyną najważniejsze sygnały dotyczące przyszłej koniunktury. To potwierdza, że rzeczywistą przyczyną pogorszenia nastrojów na świecie są właśnie obawy o stan gospodarki USA. W trakcie odbicia stopniowo malała aktywność inwestorów, co potwierdzało emocjonalne, a nie fundamentalne jego podłoże.

Widać to było też po tym, że kolejne dane z gospodarki USA nie były dobre (ISM dla sektora usług, zamówienia fabryczne, produktywność i koszty pracy wypadły gorzej od oczekiwań), a mimo to indeksy zyskiwały. W sumie jednak nie udało się w najmniejszym stopniu ograniczyć strat poniesionych 27 lutego w czasie największego od lat jednodniowego spadku S&P 500. Zatem wysłane wtedy silne sygnały sprzedaży w dalszym ciągu obowiązują.

Zauważalne jest przy tym ogromne podobieństwo obecnej zniżki w USA do tej z wiosny 2006 r. Po 12 sesjach od ustanowienia szczytu indeks w obu przypadkach traci po 4 proc. Przed nim zatem jeszcze przynajmniej dalszy 4-proc. spadek. Realizacji takiego scenariusza sprzyja dalsze rewidowanie w dół przez analityków prognoz wzrostu zysków spółek w USA. Przez ostatnie cztery tygodnie zmniejszono je o dalsze 0,6 pkt proc. odnośnie do zysków w I kwartale tego roku i o 0,4 pkt proc. dla zysków za II kwartał. Tym samym oczekiwana poprawa wyniesie po mniej niż 4 proc. w każdym z kwartałów, wobec około 10 proc. w IV kwartale 2006 r.

Reklama
Reklama

Złe sygnały płyną z rynków wschodzących. Trwająca od 27 lutego do 5 marca wyprzedaż sprowadziła indeks tej grupy giełd obliczany przez MSCI do najniższego poziomu od połowy listopada. Oznaczało to równocześnie powrót poniżej szczytu z maja 2006 r. W konsekwencji sytuacja zrobiła się poważna. Tegorocznej górce na tym indeksie towarzyszyło powstanie negatywnej dywergencji na tygodniowym MACD (wskaźnik nie zdołał przebić swojego maksimum z wiosny 2006 r.). To rzadko występujący sygnał. Dopóki indeks znajdował się powyżej górki z maja minionego roku, można było go traktować jako zapowiedź osłabienia tempa zwyżki. Teraz, gdy doszło do powrotu poniżej tego poziomu, jest to znak wskazujący na zagrożenie rozpoczęciem korekty całej czteroletniej hossy. To zaś oznaczałoby zniżkę przynajmniej w okolice 680 pkt z obecnych ponad 880 pkt.

To scenariusz tym bardziej realny, że pierwszy raz w czasie obecnej hossy zdarzyło się, że MSCI EM nie zdołał utrzymać się powyżej poprzednio ustanowionego szczytu. To oznaka słabnięcia siły hossy. Podobnie trzeba odczytywać to, że tegoroczny rekord wypadł zaledwie 16 proc. powyżej 12-miesięcznej średniej. W poprzednich przypadkach było to 25-35 proc. ponad tą średnią.

Waluty w centrum uwagi

W większym stopniu niż ostatnio wpływ na giełdy ma sytuacja na rynku walutowym. Przez wszystkie przypadki odmieniane były transakcje typu carry trade. Osłabienie japońskiego jena z wtorku było odbierane jako koniec zamykania tych transakcji (czyli wyprzedaży bardziej ryzykownych aktywów). Po czwartkowej deprecjacji jena zaczęto już mówić nawet o ponownym wykorzystywaniu różnicy w kosztach pieniądza w Kraju Kwitnącej Wiśni i w innych częściach świata.

Na takie wnioski jest za wcześnie. Dolary amerykańskie, nowozelandzkie, australijskie czy euro odrobiły zaledwie straty poniesione 5 marca. Wobec tego odbicie nie było zbyt imponujące. Prawdopodobnie więc inwestorzy zrealizowali zyski z transakcji carry trade (co miało wpływ na gwałtowność wyprzedaży na rynkach), ale jeszcze nie decydują się na zawieranie nowych. To zaś oznaczałoby, że wciąż ryzyko jest postrzegane jako wysokie.

Dużo lepiej natomiast szło walutom odrabianie strat wobec franka szwajcarskiego. Pieniądz tego kraju jest uznawany jako oaza bezpieczeństwa dla inwestorów. Wobec franka zdecydowanie mocniej zyskiwało euro niż dolar. Można to więc wiązać bardziej z ruchem wspólnej waluty w górę wobec amerykańskiej niż kwestiami bezpieczeństwa inwestycji.

Reklama
Reklama

Opornie rosły też metale szlachetne. Są traktowane jako dobre zabezpieczenie przed inflacją. Z tego powodu wyraźnie drożały w pierwszych tygodniach tego roku. Jeśli teraz nie ma zbyt wielu chętnych na nie, to znaczy, że obawy o stan gospodarki USA są wciąż duże.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama