Amerykański indeks S&P 500 nadal konsoliduje się między skrajnymi poziomami z czerwca (dołkiem na wysokości 1491 pkt i szczytem równym 1539 pkt). Kiedy już wydawało się, że indeks jest już blisko ataku na opory, wczorajsze niskie otwarcie znacznie zmniejszyło szanse na scenariusz szybkiego powrotu do trendu wzrostowego. Co nie oznacza jeszcze, że w ogóle szanse na to w nieco dłuższej perspektywie zostały całkowicie zaprzepaszczone. Analiza techniczna podpowiada obecnie, że w najbliższej przyszłości możliwy jest powrót S&P 500 do poziomu zbliżonego do ostatnich dołków, tuż poniżej 1500 pkt. Ta sama analiza sugeruje jednak również, że obrona wsparć jest bardzo prawdopodobna. Warto pamiętać, że trwająca od miesiąca konsolidacja stanowi jedynie korektę wcześniejszego trendu wzrostowego rozpoczętego w marcu. Skoro długoterminowa hossa nie jest zagrożona, to potrzeba by wyjątkowo mocnych argumentów, by podważać jej trwałość.
Na stagnację S&P 500 nakłada się najbardziej intrygujące zjawisko ostatnich tygodni, jakim jest trwająca zwyżka rynku technologicznego. Nasdaq Composite poprawia szczyty, przez co - używając terminu stosowanego w przypadku wskaźników technicznych - powstaje swoista dywergencja w stosunku do tkwiącego w miejscu S&P 500. Jest to również równoznaczne ze wzrostem siły relatywnej Nasdaqa. Jeśli już mówić o dywergencji, to wydaje się, że ma ona w tym przypadku pozytywny wydźwięk. W przeszłości wzrost siły relatywnej Nasdaqa był potwierdzeniem siły byków na całym rynku, a w żadnym razie zapowiedzią zapaści. Podobnie powinno być i tym razem. Na podstawie tych historycznych zależności można oczekiwać, że nowe szczyty Nasdaqa są zapowiedzią poprawy na całym rynku, a nie odwrotnie - że słabość S&P 500 przepowiada problemy rynku technologicznego. W końcu spółki wchodzące w skład Nasdaqa są uważane za bardziej ryzykowne, tak więc jego zwyżka świadczy o utrzymującym się apetycie na ryzyko.