Jakie były przyczyny spadków? Jak to zwykle bywa, wszystkiemu winne są Stany Zjednoczone. Miniony miesiąc przyniósł nowe odsłony trwającego kryzysu na rynku kredytów hipotecznych. Przypomnijmy: przecena na amerykańskim rynku nieruchomości uderzyła w wycenę różnych papierów wartościowych na nim opartych. W szczególności ucierpiał segment instrumentów dłużnych o podwyższonym ryzyku. Jak się później okazało, obligację subprime miało w swoich portfelach całkiem sporo instytucji finansowych, co pociągnęło za sobą dość poważne reperkusje. Kilka znaczących funduszy zmuszonych było wstrzymać wypłaty dla klientów, a z hipotecznych szaf instytucji bankowych wyłaniały się coraz to nowe trupy. Spowodowało to olbrzymią wyprzedaż akcji sektora finansowego oraz wzrost stóp procentowych na rynku międzybankowym, ponieważ pożyczkodawcy obawiali się dzielić nawzajem pieniędzmi, nie wiedząc, kto jest, a kto nie jest "umoczony" w obligacjach subprime. Kryzys dotarł także na Stary Kontynent, gdzie o trudnościach poinformował między innymi francuski bank Paribas.
Na czym polegał największy problem z amerykańskim rynkiem hipotecznym? Na tym, że w praktyce nikt nie potrafił ocenić, jaka jest jego skala. Opinie analityków, którzy podejmowali się wycenić go w dolarach, wahały się od 50 do 600 mld. Jeżeli prawdziwy okazałby się wariant pesymistyczny, światowe giełdy czekałby niemały krach. Nic dziwnego, że do pomocy rzuciły się nawet banki centralne, masowo pompując na rynek ratunkową gotówkę. W ten sposób postąpiły między innymi EBC, Fed oraz kilka instytucji Dalekiego Wschodu. Co więcej, wśród inwestorów pojawiły się nadzieje na cięcia stóp procentowych. W pewnym stopniu nie okazały się one nawet płonne, gdyż Ben Bernanke postanowił o obniżce stopy procentowej o 50 punktów bazowych. Ostatecznie, skutkiem napływu na rynek na przemian złych i dobrych informacji, nastąpiła niesłychana huśtawka nastrojów, która przełożyła się na wysoką zmienność na giełdach.
Wyniki na miarę naszych
możliwośći
Jednymi z efektów światowego kryzysu finansowego były wzrost globalnej awersji do ryzyka oraz ucieczka kapitału z warszawskiego parkietu. Nawet jednak i bez tego na polskim rynku nie brakowało emocji. W połowie miesiąca poznaliśmy wyniki kwartalne. Te po raz kolejny okazały się lepsze od oczekiwań. Giełdowym firmom znów udało się poprawić dynamikę rozwoju, co spowodowało, że analitycy jeszcze odrobinę podkręcili i tak mocno wyśrubowane już ceny docelowe. Doprowadziło to do dość zabawnego rozwarstwienia pomiędzy cenami rynkowymi a wycenami specjalistów. Z jednej strony obserwowaliśmy rosnące ceny docelowe, a z drugiej nurkujące kursy spółek.Rekordowe wyniki spółek to oczywiście dobra wiadomość, jednak pojawia się również wątpliwość, czy takie tempo wzrostu da się utrzymać. Coraz częściej słychać również głosy, że wyceny akcji są zbyt wysokie. W takich sytuacjach nie warto zdawać się na opinię specjalistów, ale samemu przyjrzeć się faktom. Aby ocenić, czy ceny akcji są "napompowane", najlepiej znaleźć jakiś punkt odniesienia, np. najstarszy i najbardziej rozwinięty rynek świata - USA. Średni stosunek ceny do zysku dla indeksu S&P500 od marca 1926 r. wynosił 15,8, a inwestorzy zarabiali przeciętnie 5,7 proc. rocznie na wzrostach cen oraz 3,2 proc. z tytułu dywidend. Obecna wartość C/Z dla indeksu WIG20 (najbardziej zbliżony do S&P500) wynosi 16,5, natomiast od początku istnienia rósł on o 9,8 proc. rocznie, a średnia stopa dywidendy liczona od 2002 roku to 1,8 proc. Czy ta sytuacja wskazuje na przewartościowanie? Pozostawiam to do oceny czytelnika.
Piąta kolumna?