Przyznam szczerze - mnie będzie żal rozstawać się z tym parlamentem. Szczerze mówiąc, kibicowałem nawet pomysłowi, żeby sobie on działał jeszcze po samorozwiązaniu. Dzięki temu bowiem nasi posłowie udowodniliby wszem i wobec, że jest życie po śmierci - bo jak inaczej można nazwać działalność organu, który nie istnieje - bo się rozwiązał - a jednak ma wpływ na rzeczywistość. To prawie jak poltergeist, taki złośliwy duch, co go nie widać, a robi bałagan. Sejmowy poltergeist byłby i większy, bo 460-osobowy, a zamieszanie za życia już robił straszne.

Ale nie tylko z powodu szans na pokazanie nam "trzeciej drogi" żal się z tym Sejmem rozstawać. Smutno, bo on dobry był po prostu. Na początku wprawdzie posłowie nie za bardzo się udzielali, bo to tylko jakaś obniżeczka podatków w przyszłości przeszła oraz jakaś redukcyjka składek na ZUS wpadła, ale za to pod koniec... I ulgi na dzieci dali większe, i VAT na budownictwo ślicznie uchwalili, żeby można było za zaoszczędzone na podatku pieniądze zatrzymać kilku budowlańców, co to za granicę się wybierają. A byłoby jeszcze fajniej. Im dłużej ten samorozwiązany Sejm by działał, tym lepszy byłby. Prędzej czy później pojawiłby się pomysł, żeby obywatelom za życie w takim państwie, gdzie jedni śledzą, a drudzy są niekonstruktywną opozycją, dopłacać. I tylko by się licytowali ile - 500 zł, 1 tys. zł czy - metodą Prawicy Rzeczypospolitej - dwa razy więcej niż rząd.

I na dodatek o takim Sejmie nie można by powiedzieć złego słowa. W końcu po samorozwiązaniu byłby to wieloczłonowy trup. A przecież wiadomo, że u nas o zmarłych mówi się albo dobrze, albo wcale.