Wśród analityków trwa dyskusja na temat scenariuszy rozwoju wydarzeń na światowych rynkach akcji. Wydaje się, że dominują obawy przed jeszcze jedną falą spadków, która doprowadziłaby do pogłębienia sierpniowych dołków. Zwolennicy takiej tezy wskazują na utrzymującą się nerwowość i pojawiające się ciągle fatalne doniesienia z amerykańskiego rynku nieruchomości (piątkowe notowania dowiodły, jaki strach ciągle panuje wśród inwestorów - gorsze dane z rynku pracy w USA spowodowały w jednej chwili spadek WIG20 o 60 pkt). Niepewność widać też na rynku kredytowym, gdzie rosną koszty pieniądza (patrz ramka). Na to wszystko nakłada się zła "reputacja" września, który statystycznie był w przeszłości najgorszym miesiącem dla posiadaczy akcji.
Oznaki pesymizmu widać również na naszym "podwórku", a mówiąc konkretnie - na rynku terminowym. Przykładowo, w piątek baza (różnica między kursem kontraktów na WIG20 a poziomem samego indeksu) w ciągu dnia sięgała nawet minus 30 pkt. Ponieważ kontrakty wygasają już za dwa tygodnie, tak duża ujemna baza świadczy o wyjątkowym pesymizmie (gdyż ze względu na bliski termin wygaśnięcia powinna być już bliska zera).
Straty szybko znikają
Wydaje się, że tak duża dawka sceptycyzmu i powszechne oczekiwanie kolejnej fali przeceny paradoksalnie mogą sprzyjać powrotowi trendu wzrostowego. Zresztą niektóre rynki już zdążyły zrobić duże kroki w kierunku hossy. W atmosferze kiepskich danych gospodarczych z USA umknąć uwadze mogła konsekwentna zwyżka notowań na wielu rynkach wschodzących. Mierzący panującą na nich koniunkturę indeks MSCI Emerging Markets (MSCI EM) w czwartek znalazł się najwyżej od czterech tygodni. Od sierpniowego dołka indeks ten oddalił się już o 14 proc. Wzrost jest niemal tak szybki, jak fala przeceny w pierwszej połowie sierpnia.
Co najważniejsze, indeks zdołał odrobić już połowę wcześniejszych strat i właściwie nie widać przeszkód na drodze ku tegorocznemu szczytowi. Brakuje do niego jeszcze 6,3 proc. Taki dystans indeks byłby w stanie przebyć w ciągu paru tygodni.