O tym, że pośpiech jest złym doradcą przy podejmowaniu ważnych decyzji, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Niemniej jednak wzmożona aktywność posłów w ostatnich dniach przed decyzją o samorozwiązaniu Sejmu dobitnie wskazuje, że zasada ta nie jest powszechnie stosowana. Zanim parlamentarzyści odkręcili z ław sejmowych tabliczki ze swoimi nazwiskami, zdążyli jeszcze przyjąć kilka ustaw. Zgodnie z wieloletnią tradycją pielęgnowaną już przez posłów poprzednich kadencji przedwyborcze głosowania koncentrowały się raczej na zwiększeniu wydatków, a z pewnością nie na dbaniu o równowagę finansów państwa. Gdyby chociaż pieniądze podatników były wydawane w sposób efektywny, można byłoby tę hojność uznać za mniejsze zło. Niestety, także i tym razem o efektywności i racjonalności wydatków zupełnie zapomniano. Wystarczy przyjrzeć się propozycjom zmian w sposobie waloryzacji rent i emerytur. Osobom nieśledzącym tej materii na bieżąco przypomnę, że parlament postanowił, iż od przyszłego roku podwyżki emerytur dokonywane będą corocznie, a nie jak dotychczas dopiero po przekroczeniu przez skumulowany wskaźnik inflacji poziomu 5 proc. Dodatkowo, świadczenia mają być waloryzowane nie tylko o wielkość wskaźnika inflacji, lecz także o przynajmniej 20 proc. realnego wzrostu wynagrodzeń. Co to oznacza w praktyce? W skrócie - kolejny wzrost wydatków socjalnych i większe obciążenie osób pracujących.
Najlepiej jednak odwołać się do przykładu. Wyobraźmy sobie bowiem sytuację, w której z jakiegoś względu (np. dzięki znacznym inwestycjom lub po prostu na skutek wystąpienia szoku technologicznego) wydajność pracy w firmach zaczęłaby rosnąć w tempie 5 proc. Taki scenariusz byłby spójny na przykład z 7-proc. wzrostem PKB oraz 2-proc. wzrostem liczby pracujących. Dzięki rosnącej efektywności pracowników przedsiębiorstwa mogłyby sobie wówczas pozwolić na podwyżki płac nawet o 5 proc. w ujęciu realnym, bez tworzenia zagrożeń inflacyjnych. Jednak zgodnie z przyjętą przez posłów zasadą, emerytury i renty wzrosłyby wówczas nie tylko o wskaźnik CPI, lecz także przynajmniej o dodatkowy 1 proc. (1/5 z 5 proc. realnego wzrostu wynagrodzeń). Jeżeli na przykład inflacja utrzymywałaby się na poziomie zbliżonym do celu Rady Polityki Pieniężnej (2,5 proc.), powyższy mechanizm oznaczałby zwiększenie wydatków na waloryzację rent i emerytur niemal o połowę. Oczywiście na podwyżki musiałyby złożyć się osoby pracujące, co w praktyce oznacza zwiększenie, a przynajmniej nie zmniejszenie, klina podatkowego. Spoglądając na to z innej perspektywy, można również dojść do wniosku, że po zmianach przyjętych przez Sejm pracownicy i firmy będą w sposób kuriozalny karani za działania na rzecz podniesienia wydajności pracy.
Równie pochopna (żeby nie użyć innego określenia) wydaje się decyzja, zgodnie z którą waloryzacja ma być dokonywana co roku, niezależnie od tego, jaka będzie skala podwyżek świadczeń. Wyobraźmy sobie bowiem sytuację, z jaką mieliśmy do czynienia na przykład jeszcze w 2005 roku, gdy inflacja wynosiła 2,1 proc., a realny wzrost wynagrodzeń 2,6 proc. Gdyby zastosować nowe metody waloryzacji, emerytury powinny zostać podniesione o około 2,6 proc. Dla osoby otrzymującej świadczenie emerytalne w wysokości 1000 zł, takie rozwiązanie oznaczałoby podwyżkę o 26 zł. Prawdopodobnie kwota ta byłaby niewiele większa od kosztów administracyjnych związanych z obliczeniem skali waloryzacji i poinformowaniem o tym beneficjenta. Niestety, powyższy przypadek to niejedyny przykład pokazujący, jak bardzo rzeczywiste skutki przyjętych rozwiązań mogą różnić się od szczytnych celów. Podobne argumenty można byłoby formułować choćby w przypadku ustawy o ulgach podatkowych na dzieci lub w przypadku planowanego przedłużenia dotychczasowych zasad przechodzenia na wcześniejsze emerytury. Dlatego chyba najlepszym rozwiązaniem byłoby wstrzymanie się przez parlamentarzystów od zmian w prawie w okresie przedwyborczym, a tym bardziej już po rozwiązaniu Sejmu. Pozwoliłoby to uniknąć pospiesznego "udoskonalania" ustaw, na których zmianę nie było czasu wcześniej. Co może ważniejsze, dzięki temu można byłoby uniknąć negatywnych konsekwencji związanych z nieprzemyślanymi i kosztownymi rozwiązaniami.
Citi Handlowy