Reklama

Zimna krew w czasach niepewności

Dzięki prasie wiemy już, że spadek był tylko korektą, a więc kto sprzedał w dołku, ten trąba. O tym, czy były sygnały do sprzedaży, czy nie, można długo dyskutować. Najlepiej się dyskutuje po fakcie. Pozostaje zapytać, kto teraz wykazuje się "zimną krwią"? Odpowiedź zapewne otrzymamy za miesiąc

Publikacja: 17.09.2007 08:55

Jako całość ubiegły tydzień był dość ciekawy, choć poszczególne sesje nie należały do zbyt porywających. Rynek zachowywał się intrygująco, bo z jednej strony byliśmy świadkami wzrostu cen od wtorkowego poranka do początku sesji w piątek, co mogłoby wskazywać, że na rynku niepodzielnie rządzi popyt. Z drugiej strony jednak trudno było w te rządy uwierzyć, skoro zwyżce cen towarzyszył marny obrót. W trakcie tygodnia mieliśmy do czynienia z chwilami, gdy podnoszenie rynku niemal w ogóle nic nie kosztowało. Ceny rosły same z siebie, jak nadmuchany helem balonik. Wzrost jest faktem, ale jakoś strach się pod niego podpinać, skoro w każdej chwili ktoś może niewielką siłą pociągnąć za sznureczek i w krótkim czasie sprowadzić balonik niżej.

Czekamy na test siły

Fakt, że tej zwyżce cen towarzyszyła tak niewielka aktywność sprawił, że ocena tego ruchu nie jest jednoznaczna z punktu widzenia analizy technicznej, a sądy wydawane są z rezerwą. Popyt był niewielki, ale jednak większy od podaży. Z czego wynika niewielka podaż? Czy zmiana nastrojów i strach przed dalszą zwyżką, czy też jedynie podprowadzenie cen wyżej, by korzystniej sprzedać podsiadane walory? Niska wartość popytu to tylko efekt braku okoliczności, które nie wymagały angażowania większego kapitału, czy też cały potencjał byków, który nie spotkał jednak godnej sobie bariery?

Wątpliwości jest wiele i miała na nie odpowiedzieć sesja, na której aktywność będzie już większa. Przez cały tydzień popyt kąsał podaż, a ta się cofała. Pytanie, jak zachowają się obie strony, gdy dojdzie do poważniejszej wymiany ciosów, a obrót wyniesie grubo ponad 1 mld złotych (na spółkach w WIG20).

Takim testem mógł być poziom oporu, do którego rynek zbliżył się jeszcze w czwartek. Piątkowa sesja miała nam dać odpowiedź, ale nie dała. Ceny oporu wprawdzie nie pokonały, ale też popyt nie stracił szans na dokonanie tego już w nowym tygodniu. Podaż udało się obronić przed dalszą zwyżką, ale i tym razem nie było to wynikiem zwiększonej aktywności graczy pozbywających się papierów. Cały czas jesteśmy w zawieszeniu.

Reklama
Reklama

Obniżka prawie pewna

Sytuacji nie poprawia analiza tego, co dzieje się poza granicami kraju, a zwłaszcza za oceanem. Tam wszyscy szykują się do obniżki stóp procentowych, która przez rynek uznana jest za pewną. Niepewność dotyczy jedynie jej skali. Analitycy mówią o 25 lub 50 pkt bazowych. Ci z agencji Moody?s przypuszczają, że będzie to 25 pkt, choć uważają, że lepszym rozwiązaniem byłoby od razu obcięcie stóp o pół punktu procentowego. Dyskusja trwa i każdy oczywiście ma swoje racje. My to sobie obserwujemy i zastanawiamy się. Skoro jest tak źle, że sytuacja wymaga cięcia stóp o 50 pkt bazowych, co w ostatnich latach zdarzało się głównie w czasie, który później był oznaczany jako czas recesji, to dlaczego rynek akcji zachowuje się relatywnie dobrze? Czy sama perspektywa pojawienia się cięć stóp wystarcza, by utrzymać rynek wbrew, wydawałoby się oczywistej (skoro wymaga ona interwencji Fed), słabości sytuacji makroekonomicznej?

Spora grupa analityków jest zdania, że obecny brak spadków - nawet odbicie indeksów - jest jedynie chwilowym wydarzeniem. Według nich mamy do czynienia z sytuacją odpowiadającą powiedzonku o kupowaniu plotek i sprzedawaniu faktów, czyli ich zdaniem krótko po ewentualnym ogłoszeniu obniżki stóp procentowych rynek zacznie spadać. No chyba że będzie oczekiwał kolejnych obniżek, a takie oczekiwania by się pojawiły, gdyby stopy zostały obniżone tylko o 25 pkt bazowych.

Czarne prognozy

a zachowanie rynku

Tak czy inaczej takie oceny wydają się sprytne, choć niekoniecznie prawdziwe. Czy sama świadomość zbliżającej się obniżki stóp jest w stanie sprawić, że gracze, którzy są przekonani o nadchodzących spadkach, będą spokojnie czekać, aż wszyscy rzucą się do sprzedaży? Moim zdaniem, to mało prawdopodobne, a tym samym za ostatnim odbiciem stoi coś innego niż tylko nadzieje na poluzowanie polityki pieniężnej. Zwróćmy uwagę na dysproporcję między tym, co dzieje się na rynku akcji, a tym, co mówi się o gospodarce USA. Zdaniem wielu analityków, ostatnie dane potwierdzają, że USA jest coraz bliżej wejścia w recesję. Dramatyczne oceny jakoś nie współgrają z tym, jak zachowują się ceny. Skoro tak drastycznie wzrosło zagrożenie recesją, to czemu nie widać choćby cienia niepokoju w cenach akcji? Rynek akcji ma przecież wyprzedzać koniunkturę. Jeśli tak, to obecnie powinniśmy być już znacznie niżej.

Reklama
Reklama

Sporo ostatnio niepewności. W sumie nie ma się co dziwić, bo rynek i jego mechanizm właśnie na niepewności się opiera. Do transakcji dochodzi, gdy w tej samej chwili dwie osoby mają przeciwne zdanie co do przyszłej koniunktury. W tej chwili ktoś kupuje, bo liczy na wzrost cen, a ktoś inny sprzedaje z obawy o recesję. Kto ma rację? Nie wiadomo. Nadal przecież nie wiemy, czy wyznaczone w lipcu szczyty to już szczyty hossy, czy tylko lokalny szczyt przed wykreśleniem korekty, po której ponownie powróci trend wzrostowy.

Wiedza tajemna

Przepraszam, niektórzy wiedzą. Ostatnio pojawiły się dane o przepływie kapitałów z i do funduszy inwestycyjnych w sierpniu. Jak pamiętamy, rynek w pierwszej połowie tego miesiąca przeżywał ciężkie chwile. Obawiano się odpływu środków z funduszy inwestycyjnych, co miało "zarżnąć rynek". Fakty są takie, że rzeczywiście w sierpniu część kapitałów wycofano, ale nie była to znacząca wielkość. Ta informacja pozwoliła kilku publicystom na wnioski, które można uznać za dość odważne. Problem w tym, że pozwolenie sobie na nie odkrywa raczej marną znajomość funkcjonowania rynku kapitałowego.

Ogólnie daje się odczuć ulgę, że nie poddano się panice. Pozwolę sobie na pewien cytat: "Podczas letniej korekty Polacy zachowali zimną krew. Nie umarzali jednostek w panice. Jeśli już, to sprzedawali z wyczuciem." Każde zdanie ma tu swój smaczek. Po pierwsze, wiemy już, że spadek był tylko korektą, a więc kto sprzedał w dołku, ten trąba, a kto nie sprzedał, ten "zachował zimną krew". O tym, czy były sygnały do sprzedaży, czy nie, można długo dyskutować. Najlepiej się dyskutuje po fakcie.

Na panikę za wcześnie

Nie było paniki w umarzaniu jednostek. Nie było, bo nie mogło być. Mechanizm jest tu znany. Na początku większych spadków nigdy nie ma paniki, a jest głównie nadzieja, że jednak "odbije". Umorzenie jednostek, gdy poniosło się stratę, to bolesne doznanie, jak wizyta u dentysty. Większość stara się tego uniknąć. W sytuacji spadków szuka się pretekstów do tego, by jednak tego nie robić. Dzwoni się więc do swoich doradców, słucha uspokajających wypowiedzi minister finansów lub szefa banku centralnego. Obawy są, ale strach przed sprzedażą w dołku jest jeszcze większy. Mowa w takiej sytuacji o "zimnej krwi" jest raczej zabawna. Ci, którzy nie sprzedali, mają raczej szczęście. Ciekaw jestem, jak oceniani po fakcie byliby ci, którzy sprzedali pamiętnego czwartku, gdyby teraz rynek był o kolejne 10 procent niżej. Czy utrzymywanie inwestycji ze stratą, której się nie przewidywało, to oznaka "zimnej krwi"?

Reklama
Reklama

Paniki nie było, bo panika nie pojawia się na początku ruchu spadkowego. W tej chwili nadal nie wiadomo, czy mamy do czynienia z początkiem bessy, czy tylko korektą. Można na ten temat dyskutować. Wiadomo jest jednak, że chęć sprzedaży narasta jednocześnie ze spadkiem cen. Wspomniane w cytacie "wyczucie" (zdaniem autora wynikało ono z faktu, że relatywnie więcej umorzono jednostek w funduszach, które miały najgorsze wyniki) wynikało głównie ze skali przeceny i poziomu frustracji wynikiem, a nie sprytem czy kalkulacją inwestorów.Panika pojawia się z reguły w końcowej fazie spadków, a więc zwykle jest sygnałem, że rynek zbliża się do dołka. Letnia przecena nie była aż tak duża, by miała wywołać panikę. Poruszenie było, ale już mamy spokój. Pozostaje zapytać autora, kto teraz wykazuje się "zimną krwią"? Ten, który sprzedaje, sądząc, że to tylko odbicie w bessie, czy też ten, który kupuje, grając na kontynuację hossy? Odpowiedź zapewne otrzymamy za miesiąc.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama