Nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, że wczorajsza decyzja Fedu w sprawie stóp procentowych była wyczekiwana przez inwestorów w większym napięciu niż jakiekolwiek inne posiedzenie amerykańskiego banku centralnego w tym roku. Analitycy i inwestorzy zaczęli wywierać swoistą psychologiczną presję na Bena Bernanke, by obciął koszty pieniądza, aby uratować gospodarkę zagrożoną wizją recesji.

Patrząc jednak na historię, trudno uwierzyć w zbawienną i niezawodną moc Fedu - nie tylko w powstrzymaniu pogarszania się danych ekonomicznych, ale także w zatrzymaniu bessy na rynkach akcji. Dość znamienny jest fakt, że poprzedni cykl obniżania stóp procentowych - który rozpoczął się w styczniu 2001 roku - nie tylko nie zwiastował (jak się później okazało) końca kłopotów gospodarczych, ale co gorsza ich pogłębienie. Kiedy wówczas Fed zdecydował się na cięcie kosztów pieniądza z 6,5 na 6 proc., gospodarka znajdowała się już na równi pochyłej - do tego czasu roczne tempo produkcji przemysłowej zmalało z 6,2 proc. do niespełna 1 proc. Co gorsza, mimo że Fed obniżał stopy niemal na każdym kolejnym posiedzeniu przez cały 2001 rok, nie uchroniło to gospodarki przed recesją - w końcu 2001 roku produkcja była o około 6 proc. mniejsza niż rok wcześniej.

Skoro wówczas Fed - na czele z "guru" rynków Alanem Greenspanem - nie zdołał odwrócić niekorzystnych tendencji (a jedynie prawdopodobnie "zamortyzował" upadek gospodarki), to dlaczego tym razem miałoby być inaczej? Miejmy nadzieję, że do recesji nie dojdzie, ale to nie Fed o tym zadecyduje.