Minął miesiąc od czasu ustanowienia przez światowe indeksy akcji sierpniowych dołków. Co ciekawe, taki sam okres dzielił moment powstania tych minimów od ukształtowania się lipcowych maksimów. Skoro stabilizacja na rynkach trwa już równie długo, jak wcześniejsza fala spadkowa, to czy ciągle można mówić o średnioterminowym trendzie zniżkowym? Właściwsze byłoby stwierdzenie, że indeksy znajdują się w zawężającym się trendzie bocznym. Innymi słowy, indeksy w perspektywie kilku tygodni w zasadzie stoją w miejscu, przy czym wahania wokół tego średniego poziomu są coraz mniejsze. W konsekwencji kolejne lokalne dołki i szczyty położone są coraz bliżej siebie - bez względu na to, czy popatrzymy na wykres np. S&P 500, czy też choćby europejskiego Dow Jones Euro Stoxx 50. W obu przypadkach widać kształtowanie się formacji przypominającej klin czy też trójkąt. Co ciekawe, jednocześnie na wykresie S&P 500 formacja ta nie przekreśla istnienia innego układu - odwróconej głowy z ramionami, która zgodnie z teorią zapowiada odwrócenie trendu na wzrostowy. Warto też zwrócić uwagę, że w przypadku S&P 500 wybicie w górę ze wspomnianego trójkąta może być kwestią jednej sesji. Wydarzenie takie mogłoby się na dodatek stać impulsem do ataku na lokalny szczyt z 8 sierpnia (1498 pkt). Poziom ten wydaje się obecnie najważniejszym i najbardziej wiarygodnym oporem dla amerykańskiego indeksu. Jego ewentualne przebicie powinno otworzyć drogę do tegorocznego maksimum. Gdyby taki sygnał faktycznie się pojawił,
należałoby odłożyć na bok wszelkie rozważania na temat ryzyka recesji w USA. Rozsądne byłoby wówczas założenie, że rynek zdyskontował już zagrożenia i górę wzięły pozytywne czynniki, takie jak najniższy od kilkunastu lat poziom wycen spółek. Trzeba jednak pamiętać, że taki pomyślny scenariusz to na razie tylko hipoteza - nie ma żadnej gwarancji, że indeksy zamiast testować poziomy oporu, spadną jeszcze w kierunku poziomów wsparcia.
PARKIET