Trudno byłoby inaczej rozpocząć analizę ostatnich wydarzeń, niż przypomnieć, że 88 proc. całej ubiegłotygodniowej zwyżki WIG20 dokonało się jednego dnia - tuż po cięciu stóp procentowych w USA o 50 punktów bazowych. Nie ma chyba jednak większego sensu roztrząsać znaczenia tego wydarzenia, tym bardziej że wiele już powiedziano na ten temat (także na łamach naszej gazety) i wniosek jest właściwie taki, że każdy scenariusz rozwoju wydarzeń po obniżce jest możliwy - zarówno szybki powrót hossy, jak na jesieni 1998 r., jak i recesja, taka jak w 2001 r.
Analizowanie ryzyka recesji w amerykańskiej gospodarce jest właściwie poza zasięgiem przeciętnego inwestora, tym bardziej że w ocenie sytuacji znacznie różnią się poszczególni ekonomiści, którzy uzbrojeni są przecież w bogaty arsenał narzędzi prognostycznych. Nie bez powodu od dawna po rynku krąży dosadne powiedzenie, że "ekonomiści przewidzieli każde 5 z ostatnich 3 recesji". Rzecz w tym, że sytuacja rynkowa zupełnie nie potwierdza czarnych scenariuszy. Co więcej, przesadzone byłoby też stwierdzenie, że zdecydowana poprawa nastrojów jest wyłącznie efektem obniżki stóp w USA.
Akumulacja trwała od tygodni
Faktycznie był to kluczowy impuls, ale dopełnił on jedynie tego, co widać było w poprzednich tygodniach - byki konsekwentnie prowadziły akumulację przecenionych walorów. Przypomnijmy choćby tytuł naszej analizy z końca sierpnia: "Trendy spadkowe odchodzą do przeszłości". Po prostu ubiegły tydzień przyniósł logiczną konsekwencję obserwowanego wcześniej powrotu apetytu na ryzyko. Dlatego patrzenie na sytuację tylko przez pryzmat obniżki stóp za oceanem byłoby zbyt dużym uproszczeniem.
Przebicie poziomów oporu oraz zbliżenie się głównych światowych indeksów (jak i WIG20) do tegorocznych szczytów jednoznacznie świadczy o tym, że długoterminowa hossa trwa. Czy w sytuacji, gdy S&P 500 znajdował się w czwartek 2,3 proc. od historycznego maksimum, można mówić o tym, że rynek obawia się recesji?