Nie ma dnia, aby w różnych formach nie zachęcano nas do "zatrudnienia naszych złotówek" i nabycia jednostek funduszy lub do zainwestowania w instrumenty umożliwiające nam czerpanie w inny sposób nieomal nieograniczonych zysków ze wzrostu cen na rynku nieruchomości lub giełdzie.
Klient na celowniku
Przekaz reklamowy jest jasny, trzymając pieniądze na zwykłej lokacie bankowej, zamiast je zainwestować, tracisz ogromne pieniądze. Jedynym racjonalnym wyborem wydaje się więc wybór któregoś z bardziej skomplikowanych produktów inwestycyjnych. Doradca pokazuje klientowi tabele, procenty i wykresy, z których te najbardziej strome zdają się najbardziej interesującą alternatywą dla lokaty. Zawierając umowę, klient podpisuje cały zestaw oświadczeń, potwierdzając znajomość wszelkich czynników ryzyka związanych z zakupionym produktem, w tym ryzyka utraty zainwestowanego kapitału. Oświadcza również, że wie, że dotychczasowe wyniki produktu nie są gwarantowane w przyszłości. Zadowolony, że teraz nareszcie zacznie zarabiać, wychodzi po zainwestowaniu oszczędności swego życia w obligacje, z których zysk powiązany jest np. z wynikami kredytów hipotecznych typu subprime na rynku w USA.
Już po pierwszym załamaniu rynku kontaktuje się z bankiem/funduszem i dowiaduje się, że aktualna wycena jego papierów wartościowych jest poniżej ich wartości nominalnej. I jeżeli będzie chciał je sprzedać przed terminem wymagalności, poniesie dodatkowe koszty.
Być może do opisanej sytuacji nie doszłoby, gdyby doradca bankowy we wszystkich bankach był zobowiązany do zbadania, czy produkt oferowany klientowi jest dla niego odpowiedni - czy jest zbieżny z jego celami inwestycyjnymi, czy klient jest w stanie ponieść związane z nim ryzyko finansowe oraz czy ma konieczne doświadczenie i wiedzę, pozwalające na zrozumienie ryzyka związanego z transakcją. Być może.