Reklama

Polskie domy maklerskie nie mają się czego wstydzić, ale wiele mogą się jeszcze nauczyć

W ciągu kilkunastu lat istnienia w Polsce rynku kapitałowego można było obserwować dużą przemianę w sektorze usług maklerskich - chodzi zarówno o ilość, rodzaj, jak i jakość tych usług. Wciąż jednak oferta naszych rodzimych brokerów różni się od tego, co proponują firmy inwestycyjne w innych krajach, np. w Londynie. Generalnie, rynek domów maklerskich wygląda trochę inaczej tu i tam.

Publikacja: 25.09.2007 10:37

Hossa sprawiła, że w ostatnich latach w Polsce zbudowano od podstaw wiele firm brokerskich, które bardzo dobrze radzą sobie na rynku. Przykładem może być Dom Maklerski Ipopema. Za jego pośrednictwem w poprzednim miesiącu przeprowadzono operacje akcjami i prawami do akcji na sumę 3,27 miliardów złotych, co daje brokerowi 8,68-procentowy udział w rynku.

- Zdecydowana różnica w porównaniu ze standardami zachodnimi to silna koncentracja naszego rynku. Na Zachodzie jeśli dom maklerski ma dwuprocentowy udział w handlu na giełdzie, to jest to bardzo dobry wynik - mówi Mateusz Walczak, prezes New World Alternative Investments, dawniej pracownik londyńskiego Merrill Lynch.

Tymczasem w Polsce, jak wynika z danych za ostatni miesiąc, na ING Securities, lidera wśród pośredników w handlu akcjami i PDA, przypadało 12,73 procent obrotów ogółem.

Wielkość biznesu

to pochodna wielkości rynku

Reklama
Reklama

Inaczej niż u nas, wrażenie robi skala działalności zagranicznych brokerów, obecnych na najbardziej rozwiniętych rynkach finansowych, np. w Londynie. Tamtejsze przedsiębiorstwa są zwykle częścią dużych banków inwestycyjnych. Dla przykładu: jeden z nich, Merrill Lynch, powstał na bazie domu maklerskiego, który działał na Wall Street od drugiej dekady ubiegłego stulecia.

Zdaniem specjalistów, nawet niewielkie domy maklerskie funkcjonujące na giełdach zachodnich to giganci w polskiej skali. Ale nie ma się czemu dziwić. - Jest oczywiste, że wyniki tamtejszych brokerów i skala ich działalności są ściśle skorelowane z rozmiarem tamtejszego rynku kapitałowego. Aby uświadomić sobie te różnice, wystarczy porównać obroty giełd w Londynie i Warszawie - twierdzi Mateusz Walczak. Gdybyśmy szukali jednak "konkurencji", w której

nasi maklerzy wygrywają z zagranicznymi, to należy zwrócić uwagę na odsetek inwestorów indywidualnych, obsługiwanych przez polskie domy maklerskie. Udział "drobnicy" w handlu na GPW sięga ponad 30 proc. ogólnych obrotów. Na Zachodzie zakupy małych inwestorów stanowią maksymalnie 15-20 proc. Tak duża aktywność w Warszawie inwestorów indywidualnych związana jest m.in. z bardzo dobrą koniunkturą na polskiej giełdzie w ostatnich latach (zaktywizowała inwestorów i przyciągnęła na giełdę nowych graczy).

Jeśli chodzi o składanie zleceń przez internet, Polska wygląda w porównaniu z Zachodem zadowalająco. - Po prostu rozwiązania informatyczne istniejące na rozwiniętych rynkach zostały przeszczepione nad Wisłę. Stało się to w momencie, gdy giełda stawała na nogi po ostatniej bessie. To, do czego w Londynie czy Nowym Jorku dochodzono latami, u nas zostało przyjęte jako standard - wyjaśnia Mateusz Walczak.

Elektroniczna konkurencja na Zachodzie

Specyfiką amerykańskiego rynku są tzw. ECN-y (Electronic Communications Network), czyli elektroniczne sieci komunikacyjne. Rozwiązania takie istnieją też w Europie, ale szczególną popularnością cieszą się właśnie za oceanem. Są to elektroniczne platformy obrotu nie należące do tradycyjnych giełd. Firmy prowadzące te wirtualne parkiety postrzegane są jako swego rodzaju pośrednicy finansowi. Przewagą operatorów ECN nad tradycyjnymi brokerami jest to, że transakcje są przeprowadzane niemal bez udziału personelu, co znacząco obniża koszty ich zawierania i wpływa na niższe prowizje pobierane od klientów.

Reklama
Reklama

Na giełdach nowojorskich przez dłuższy czas handlowano bezpośrednio na parkiecie w tzw. systemie open outcry (maklerzy wykonywali charakterystyczne gesty). Jednak system ten wyparły właśnie elektroniczne platformy.

Gwoździem do trumny dla tradycyjnego systemu był skandal brokerski, który wybuchł w USA kilka lat temu. Tamtejsza prokuratura zarzuciła nadużycia siedmiu firmom oferującym usługi maklerskie na parkiecie. Sprawa zakończyła się ostatecznie ugodą i karami w wysokości 240 mln USD. Chodziło m.in. o to, że maklerzy zamiast wybierać najlepsze oferty dla klientów, najpierw grali na własny rachunek. Taka sytuacja nie mogłaby się zdarzyć w przypadku elektronicznego systemu automatycznie porównującego zlecenia - argumentowali wówczas zwolennicy nowoczesności na giełdach.

Dobra koniunktura sprzyja

zyskom, ale nie różnicowaniu usług

W pewnym sensie dobra koniunktura nie sprzyja u nas różnicowaniu usług maklerskich. Wysyp debiutantów na warszawskiej giełdzie oraz trwający kilka lat marsz indeksów na północ sprawiły, że uwaga domów maklerskich była skoncentrowana na bieżących wydarzeniach. Instytucje działające na Zachodzie przeżyły już wiele razy bessę i hossę, a przez to ich oferta jest bardziej uniwersalna, nastawiona na różne okresy "życia" rynku. Np. usługi dotyczące pozyskiwania finansowania dla spółek są bardziej zróżnicowane niż nad Wisłą. Zmienna koniunktura nauczyła zachodnich brokerów, że IPO nie jest jedynym i zawsze najlepszym rozwiązaniem. Przewagą wielu instytucji z rynków rozwiniętych jest również fakt, że są częścią konglomeratów finansowych, co ułatwia im oferowanie szerokiej palety usług i produktów. Tego typu podmioty koncentrują się nie tylko na przeprowadzaniu emisji akcji i na obrocie papierami wartościowymi. W polu ich działania znajduje się również m.in. doradztwo w zakresie fuzji i przejęć czy prywatyzacji, finansowanie przejęć lewarowanych itp. W Polsce najbliżej tego modelu są firmy brokerskie, które są częścią dużych zagranicznych instytucji finansowych. - Z kolei z naszych tzw. niezależnych domów maklerskich na najlepszej drodze do pełnienia roli uniwersalnego banku inwestycyjnego jest IDMSA - ocenia Mateusz Walczak.

Zamknięci na własnym

Reklama
Reklama

podwórku

Jedną z rzeczy, która rzuca się w oczy przy porównywaniu zakresu i jakości usług brokerskich w Polsce i na Zachodzie, jest dostęp do rynków zagranicznych. Nad Wisłą inwestorzy w przeważającej mierze kupują tylko spółki notowane w Warszawie. Hossa nie zachęcała do wychodzenia z inwestycjami za granicę. Ale to chyba nie jest jedyny powód szczególnego przywiązania do warszawskiej giełdy. Inne to np. koszty oraz dostępność usług umożliwiających swobodne lokowanie kapitału na innych rynkach.

Zupełnie inaczej sytuacja wygląda w Londynie: tam prawie każdy dom maklerski zapewnia klientom elektroniczny dostęp do wielu giełd z całego świata. W Polsce również istnieją możliwości wypłynięcia na szerokie wody globalnego rynku kapitałowego. Jednak instytucje, które oferują odpowiednie usługi, zwykle nawiązują w tym celu współpracę z zagranicznymi pośrednikami. A to oznacza dodatkowe koszty. Poza tym, nie wszystkie polskie domy maklerskie umożliwiają składanie przez internet zleceń na papiery notowane na zagranicznych parkietach. W większości firm brokerskich inwestorzy grający na obcych giełdach nie mają też szansy na zmniejszenie ryzyka walutowego, gdyż przeważnie muszą dokonywać wpłat i wypłat w złotówkach.

Również w dziedzinie, której rozwój w ostatnim czasie jest dla nas szczególnym powodem do chluby, czyli na rynku pierwotnym (sprzedaż akcji w ofertach publicznych przez spółki zabiegające o wejście na giełdę), widać różnice na naszą niekorzyść. W Polsce oferta dla firm poszukujących finansowania nie jest zbyt duża. Jak już była mowa, oferta publiczna, zwłaszcza w czasie dobrej koniunktury giełdowej, traktowana jest jako lekarstwo na wszelkie problemy i zwłaszcza potrzeby przedsiębiorstw. W efekcie wiele spółek, które zgłaszają się do brokerów, jest od razu wprowadzanych na giełdę, nawet jeśli nie są do tego dostatecznie przygotowane lub IPO nie jest dla nich optymalnym rozwiązaniem. Często w ogóle pomija się inne możliwości finansowania np. długiem czy poprzez ofertę prywatną. Na Zachodzie są to bardzo popularne formy pozyskiwania Zmienić sytuację może uruchomienie w Polsce rynku NewConnect, alternatywnego systemu obrotu organizowanego przez GPW. Większość ofert, które będą przeprowadzane albo już zostały zrealizowane na tej platformie, ma charakter zamknięty (niepubliczny). Działające na NewConnect firmy brokerskie będą musiały się też wykazać większą odpowiedzialnością przy doborze kandydatów do debiutu.

Zdaniem środowiska maklerskiego, polski rynek różni się też od zachodniego pod względem oferty analitycznej. Wiele do życzenia pozostawia w tym wypadku wielkość zespołów obserwujących sytuację na giełdach oraz - być może będąca jej pochodną - "szerokość" tych obserwacji. Chodzi o to, że za zbyt małą uważa się powszechnie listę analizowanych spółek, zarówno krajowych, jak i zagranicznych. W Polsce zauważalne jest koncentrowanie się na własnym podwórku. Na przykład dla ukraińskiej Astarty, która jest obecna na parkiecie w Warszawie już ponad rok, rekomendację wydaje tylko jeden polski dom maklerski. Z kolei estońskiego Silvano Fashion Group, który zadebiutował na GPW w lipcu, nie analizuje żaden broker.

Reklama
Reklama

W Pradze brakuje

debiutantów, ale są

za to na innych rynkach

A jak wygląda nasz sektor usług brokerskich na tle regionu? W porównaniu z innymi krajami Europy Środkowo-Wschodniej, polski rynek jest znacznie mniej skoncentrowany, co sprawia, że walka o klienta jest nad Wisłą bardziej zażarta. Ponadto pozytywnie zaskakuje liczba klientów indywidualnych obsługiwanych przez rodzime domy maklerskie. źródłem wielu różnic jest też koniunktura panująca na rynku pierwotnym.

- Specyfikę rynku czeskich usług maklerskich w dużej mierze określa brak ofert pierwotnych - mówi Wojciech Maryański, kierownik pionu polskiego w czeskiej firmie brokerskiej Fio. Ostatnie debiuty miały miejsce w grudniu, kiedy na praski parkiet wszedł deweloper ECM i Pegas Nonwovens. Wiele do życzenia pozostawia też płynność na rynku akcji, znacząco odbiegająca od standardów polskich. Właściwie, regularnie handluje się tylko walorami dziewięciu firm. Papierami tych spółek obraca się w segmencie SPAD, gdzie inwestują głównie duzi gracze. Handluje się tam pakietami akcji, których wartość wynosi zwykle około 3 mln CZK (410 tysięcy złotych). Drobni inwestorzy skupiają swoją aktywność na sektorze KOBOS, na którym nie ma ograniczeń co do wolumenu i wartości pojedynczej transakcji. Udział detalicznych inwestorów w ogólnych obrotach jest niższy niż nad Wisłą, ale wciąż wyższy od średniej na Zachodzie. Z danych za sierpień wynika, że środki drobnych graczy stanowiły 20 proc. handlu w Pradze.

Reklama
Reklama

Tamtejszy rynek jest jeszcze bardziej skoncentrowany niż w Polsce. U naszych południowych sąsiadów transakcje na giełdzie można przeprowadzać za pośrednictwem 22 podmiotów. Na lidera rynku Wood & Company przypada ponad 25 proc. udziałów w handlu akcjami i obligacjami. Z kolei powstawaniu nowych firm nie służy kiepska koniunktura na rynku pierwotnym. Wielu brokerów upadło też w latach 2002-2003, kiedy obroty na giełdzie w Pradze były wyjątkowo niskie.

- W Czechach, w dużej mierze ze względu na martwy segment IPO, inwestorzy bardziej niż w Polsce koncentrują uwagę na giełdach zagranicznych - wyjaśnia Wojciech Maryański. Blisko 10 proc. środków drobnych graczy zdeponowanych na rachunkach kierowanych jest na parkiety znajdujące się poza Czechami. U nas wartość ta nie osiąga nawet procentu.

Nad Wełtawą obracanie papierami poza krajem umożliwia bogata oferta tamtejszych domów maklerskich w zakresie elektronicznego dostępu do światowych giełd. Np. firma brokerska Fio uzyskała takie połączenie z amerykańskimi giełdami już w 1999 r. Właśnie inwestowanie na parkietach za oceanem cieszy się wśród Czechów dużą popularnością. Ciekawostką jest, że stosunkowo dużo detalicznych inwestorów lokuje swoje fundusze na GPW. Również praskie domy maklerskie coraz częściej interesują się zdalnym członkostwem na polskiej giełdzie. Na razie jedynym brokerem z czeskim rodowodem będącym członkiem polskiego parkietu jest Wood & Company. Biuro jest przykładem typowo regionalnego domu maklerskiego.

Firma jest nie tylko członkiem GPW i praskiego parkietu, lecz również uczestnikiem rynku w Wiedniu, Budapeszcie oraz Bukareszcie. Czeski broker stara się również o możliwość handlowania na giełdzie w Sofii i Lublanie. Na naszym rynku działa również grupa Fio, ale nie jest członkiem warszawskiej giełdy. W Polsce czeska firma współpracuje z miejscowymi domami maklerskimi, które oferują aplikację e-broker dla klientów nad Wisłą. Umożliwia ona m.in. inwestowanie na rynku czeskim za pośrednictwem internetu.

Ukraiński koloryt

Reklama
Reklama

Całkiem odmienny charakter ma rynek ukraiński. W porównaniu z polskim pozostaje on na wczesnym etapie rozwoju. Licencję na świadczenie usług brokerskich posiada tam ponad 200 podmiotów. Ciężko jest jednak stwierdzić, ile z nich rzeczywiście działa. Nad Dnieprem istnieje ośmiu operatorów giełd. Przy czym największe obroty, bo ponad 90 proc. obrotów na całym rynku, generuje kijowski parkiet PFTS. Część giełd na Ukrainie została utworzona przez duże grupy przemysłowe, funkcjonujące za wschodnią granicą w celu realizacji transakcji w ramach tych imperiów. W efekcie niektóre podmioty wykorzystywały swoją licencję do zrealizowania zaledwie kilku operacji na sztucznie powołanych platformach.

Naddnieprzański rynek cechuje dominacja dużych graczy. Drobni inwestorzy interesują się przede wszystkim kontraktami walutowymi. W segmencie akcji, który cechuje się małą płynnością, działają przeważnie duzi gracze. Ponadto w tym sektorze główną rolę odgrywa kapitał zagraniczny.

Pomimo początkowej fazy rozwoju tamtejszego rynku kapitałowego powstało już kilka znaczących firm inwestycyjnych. Podmioty takie Concorde Capital czy Dragon Capital oferują nie tylko pośrednictwo w handlu papierami wartościowymi. Zajmują się też zarządzaniem finansami, doradztwem przy fuzjach i przejęciach, sprzedażą produktów finansowych. Duże ukraińskie firmy oferują też spółkom pomoc przy szukaniu kapitału. Obecnie jednak rynek IPO nad Dnieprem w klasycznym tego słowa znaczeniu prawie nie istnieje. Większość transakcji, które tamtejsze domy maklerskie przedstawiają jako publiczne oferty pierwotne, ma charakter emisji prywatnych. Spółki często decydują się na emitowanie papierów dłużnych.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama