Ostatnie lata to czas żniw dla domów maklerskich - obroty na GPW są rekordowo duże, rynek pierwotny tętni życiem (coraz więcej spółek debiutuje na parkiecie), przybywa aktywnych inwestorów, na giełdę płynie gigantyczny strumień pieniędzy. Czy dobry czas na rozwój usług został przez brokerów należycie wykorzystany? Opinie na ten temat wskazują, że niekoniecznie. I że wiele jeszcze powinno się zmienić.
Kończy się czas lenistwa
- Wyjątkowo długa hossa na giełdzie rozleniwiła domy maklerskie. Nie musiały zwiększać konkurencyjności, by zarabiać czy pozyskać nowych klientów. I bez tego biznes doskonale się kręcił - uważa Jarosław Dominiak, prezes Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych (SII).
Nie jest w swoich poglądach odosobniony. Podobnie uważa Adam Ruciński, członek rady nadzorczej Giełdy Papierów Wartościowych. - Hossa rzeczywiście rozleniwiła brokerów, którzy nic nie musieli robić, by np. korzystnie sprzedać akcje spółek, zwłaszcza debiutantów giełdowych, w ofertach publicznych. Przecież inwestorzy sami do nich przychodzili - mówi A. Ruciński.
Zgoda panuje także co do tego, że kiedy koniunktura wyraźnie się pogorszy lub osłabnie na dłużej, niedoświadczeni gracze giełdowi zrezygnują z dalszej "zabawy" z giełdą, jeśli nie uzyskają odpowiedniego wsparcia ze strony domów maklerskich i poczują się pozostawieni sami sobie. Aby takie wsparcie mogli uzyskać, brokerzy muszą zabrać się do pracy już dziś. Chodzi o rozwój oferty, wyższą jej jakość i lepszą dostępność.