Ostatnie miesiące są dla firm związanych z amerykańskim budownictwem mieszkaniowym niczym koszmarny sen. Jeszcze pół roku temu mogły mieć nadzieję, że koniunktura w miarę szybko się poprawi i nawet jeśli szał zakupów i windowania cen nie powróci, to może dojdzie chociaż do względnej stabilizacji i biznes nadal będzie się kręcić. Były powody, żeby Amerykanie na nowo pomyśleli o zakupie czterech kątów - gospodarka radziła sobie nienajgorzej, na rynku pracy cały czas przybywało sporo etatów, kredyt mimo wszystko wciąż był stosunkowo tani.
Straszenie recesją
Jednak kryzys kredytowy z lipca i sierpnia wywrócił wszystko do góry nogami. Problemy ze spłacaniem rat hipotecznych przez najmniej zamożnych Amerykanów, którzy załapali się na najbardziej ryzykowne kredyty (subprime), sprowokowały zamieszanie na rynkach finansowych i masę innych konsekwencji. Pod znakiem zapytania stanęła przyszłość nie tylko budownictwa, ale i całej gospodarki. Gdy słowo "recesja" pojawia się obecnie w coraz to nowych kontekstach, trudno spodziewać się, żeby Amerykanie, nawet ci lepiej sytuowani, mieli brać na barki nowe długi i zmieniać domy na bardziej okazałe. A bez tego branża budowlana nie ruszy.
Nie ma chźtnych na rezydencje
- Odnotowaliśmy dużo wyższy procent odwoływanych umów kupna niż kiedykolwiek w czasie ostatnich 21 lat, odkąd jesteśmy spółką publiczną - przekazując takie wieści, dotyczące miesięcy maj-lipiec, Robert Toll, dyrektor generalny spółki Toll Brothers, nie mógł mieć tęgiej miny. Portfel zamówień jego firmy, która specjalizuje się we wznoszeniu rezydencji przeciętnie za ponad 600 tys. USD (trzy razy więcej niż rynkowa średnia), w ciągu roku spadł o 38 proc., do 4997 domów, a wartościowo o 34 proc., do 3,7 mld USD. Między majem a lipcem odsetek wycofujących się klientów Toll Brothers sięgnął 24 proc.