Reklama

Giełdowe debiuty w kleszczach koniunktury

Ostatnie debiuty pokazują, że spółki już nie sprzedają swoich akcji na pniu. Łącznie w tym roku poniżej ceny emisyjnej zadebiutowało dotychczas 14 firm. Co ważne - niemal wszystkie debiuty z ostatnich dwóch miesięcy były nieudane. Rodzą się dwa pytania: co się dzieje - i ważniejsze: co będzie dalej?

Publikacja: 29.09.2007 11:10

Od początku roku na warszawskim parkiecie pojawiły się już 53 spółki. Poniżej ceny emisyjnej pierwszą sesję zakończyło 14 firm. O ile w pierwszej połowie roku kończące się na minusie debiuty były niejako "wypadkiem" przy pracy, o tyle kilkanaście ostatnich nieudanych ofert pierwotnych każe się zastanowić, co się właściwie dzieje. Jeszcze kilka miesięcy temu drobni inwestorzy rzucali się na akcje debiutantów. Redukcje zapisów na walory w transzy dla inwestorów indywidualnych, grubo przekraczające 90 proc., stały się normą. Tymczasem wakacyjna korekta na GPW podziałała na inwestorów jak przysłowiowy kubeł zimnej wody.

Na przykład informatycznemu Arcusowi, mimo przesunięć pomiędzy transzami, nie udało się uplasować wszystkich 2,5 mln akcji sprzedawanych w ofercie publicznej. Do nabywców trafiło jedynie około 2,3 mln papierów spółki. Firma sprzedawała walory po 17 zł - była to górna granica przedziału cenowego (dolna była na poziomie 14,5 zł).

Arcus był jednak wyjątkiem od reguły, która pokazuje, że od kilku tygodni znacząca większość debiutantów ustala cenę emisyjną na dolnej granicy widełek (jeszcze kilka miesięcy temu to było nie do pomyślenia). Co ważne, mimo to często zdarza się, że inwestorzy instytucjonalni nie zapisują się na całą, przydzieloną dla nich transzę akcji. Taka sytuacja dotyczy m.in. spółki Wola Info. Oprócz 0,9 mln walorów nowej emisji, dotychczasowi właściciele chcieli w ofercie sprzedać dodatkowo 1,5 mln papierów. Ze względu na małe zainteresowanie inwestorów zrezygnowali z tego. Na przykładzie Woli Info widać, że zarządy spółek znów wracają do pomysłu "gwarantowania emisji". Zdecydował się na to między innymi zarząd warszawskiej firmy. Niewykluczone, że kolejne słabe debiuty wymuszą takie "ubezpieczenie" na kolejnych przedsiębiorstwach szturmujących GPW.

Rynek stał się wybredny

Dlaczego ostatnie debiuty nie są już tak udane jak te z pierwszej połowy roku? - Pomiędzy rynkiem pierwotnym a wtórnym istnieje ścisły związek. Punktem odniesienia jest rynek wtórny, dlatego jeśli sytuacja na nim jest dobra, również debiuty spółek są udane. W przeciwnym wypadku obydwa rynki zachowują się słabo - tłumaczy Tomasz Kaczmarek, dyrektor wykonawczy Domu Maklerskiego BZ WBK. Dodaje, że nastrój wokół spółek o małej oraz średniej kapitalizacji zdecydowanie się pogorszył, począwszy od drugiej połowy lipca. - Pogorszenie nastrojów dotyczy w największym stopniu inwestorów instytucjonalnych, którzy obecnie nie są skorzy do większych zakupów w tym segmencie rynku. Sytuacja ta ma bezpośredni wpływ na akcje debiutantów. Biorąc pod uwagę, że bez oparcia w inwestorach instytucjonalnych prawdopodobieństwo silnego debiutu jest małe, obecnie szanse na duże wzrosty w ciągu pierwszych dni notowań są znikome - komentuje Tomasz Kaczmarek.

Reklama
Reklama

Wtóruje mu Michał Wojciechowski, doradca zarządu Domu Maklerskiego BOŚ. - Mija szaleństwo, które towarzyszyło nam długimi tygodniami, że kupca znajduje każda nowa oferta. Dobrze, że zarządy spółek oferują coraz większe dyskonto. Tak powinien zresztą zachować się każdy debiutant - zaznacza Michał Wojciechowski.

Rodzi się jednak ważne pytanie - dlaczego wcześniej inwestorzy finansowi, podobnie jak drobni gracze, wręcz rzucali się na akcje debiutantów i dopiero wakacyjna korekta ostudziła ich zapał? O ile indywidualny inwestor może nie mieć odpowiedniej wiedzy na temat debiutantów, o tyle sztaby specjalistów w instytucjach finansowych powinny dogłębnie analizować każdą ofertę. Jest przecież mało prawdopodobne, aby w pierwszym półroczu debiutowały wyłącznie perspektywiczne spółki o silnych fundamentach, a w tym półroczu było zupełnie odwrotnie. - Fundusze działały na rynku pierwotnym stadnie. Zarządzający kupowali dane akcje, gdyż to samo robiła ich konkurencja. Tym samym wszyscy się wzajemnie "nakręcali". Wobec gorszej koniunktury każdy znów ogląda dwa razy przysłowiową złotówkę, którą zamierza wydać na zakup akcji - tłumaczy fenomen rynku pierwotnego w ostatnich miesiącach pragnący zachować anonimowość analityk.

W sierpniu i we wrześniu na minusie

Średnia stopa zwrotu (jako punkt odniesienia przyjmujemy cenę zamknięcia pierwszego dnia notowań) z inwestycji w akcje spółek, które pojawiły się na warszawskim parkiecie w ciągu pierwszych siedmiu miesięcy, wynosi nieco ponad 24 proc. Tymczasem firmy, które zadebiutowały na GPW w sierpniu, już nie dały inwestorom zarobić. Średnia stopa zwrotu z inwestycji w ich walory jest mniejsza od zera i wynosi około -0,5 proc. Przyjrzyjmy się firmom, które w tym feralnym dla giełdy miesiącu pojawiły się na GPW. Jako pierwsza, na parkiet weszła spółka ZUK Stąporków. Jej debiut był udany. Na zamknięciu kurs akcji spółki wzrósł o 28,6 proc. Potem na GPW pojawiła się informatyczna firma Quantum Software. Mimo że spółka opóźniła datę wejścia na giełdę, czekając na poprawę koniunktury, na zamknięciu pierwszej sesji za jej papiery inwestorzy płacili o 13,4 proc. mniej niż w ofercie publicznej. Gdyńska sieć delikatesów Bomi również nie miała szczęścia. W dniu debiutu jej akcje straciły na wartości ponad 10 proc. Kolejny debiutant - dystrybutor chemii Krakchemia - trafił z ofertą na okres głębokiej korekty na GPW. Firma zrezygnowała z pozyskania maksymalnej założonej kwoty ze sprzedaży akcji i cenę emisyjną walorów ustaliła na 7 zł (z widełek 6-10 zł). To jednak nie pomogło. Debiut nie był udany. Na zamknięciu pierwszej sesji walory Krakchemii straciły na wartości 2,4 proc. Jeszcze gorzej wypadł debiut Zastalu - jego akcje na zamknięciu były o 4 proc. tańsze niż w ofercie pierwotnej.

We wrześniu mieliśmy siedem debiutów. Pierwszy, bardzo nieudany, dotyczył spółki Arcus. Firmie, mimo że przesunęła termin pierwszego notowania o kilka dni, nie udało się "wstrzelić" we wzrostową sesję. Co ważne, był to piąty z rzędu debiutant, który zakończył pierwszy dzień notowań na minusie. Na zamknięciu pierwszej sesji prawa do akcji Arcusa były o 19,1 proc. tańsze niż w ofercie publicznej. Oznacza to, że był to najgorszy debiut na GPW w 2007 roku. Winą za nieudany debiut obarczono złą koniunkturę na rynku. Ludwik Sobolewski, prezes GPW, podkreślał, że nasz rynek finansowy jest wyjątkowo podatny na złe informacje, nawet małego kalibru, które płyną zza oceanu. Należy jednak przypomnieć, że Arcus nie sprzedał wszystkich oferowanych akcji. Nabywców znalazło 2,3 z 2,5 mln zbywanych walorów. Mimo słabego popytu zarząd Arcusa zdecydował, że będzie sprzedawał akcje po maksymalnej cenie. Analitycy są zdania, że gdyby była niższa, debiut giełdowy prawdopodobnie wypadłby dużo lepiej. Z kolei na lekkim minusie pierwsze notowania zakończyła firma Oponeo.pl (-0,9 proc.). Warto zauważyć, że firma zrezygnowała z ustalenia ceny emisyjnej na górnej granicy widełek. Dariusz Topolewski, prezes spółki, podkreślał, że przy obecnej koniunkturze na giełdzie debiut zarządzanej przez niego spółki nie wypadł najgorzej.

Debiutantem, który przerwał złą passę, była Hydrobudowa Włocławek. Na zamknięciu jej kurs wzrósł o 2,8 proc. Jednak warto zauważyć, że w przypadku Hydrobudowy Włocławek ciężko jest mówić o klasycznym debiucie. Pojawienie się tej spółki na GPW oznaczało, że wcześniej giełdowy parkiet musiała opuścić inna firma - Hydrobudowa Śląsk, z którą połączyła się Hydrobudowa Włocławek. Debiut specjalizującego się w projektowaniu, produkcji i serwisie kotłów energetycznych Energoinstalu również był spokojny. Na koniec dnia prawa do akcji Energoinstalu kosztowały, po 1,3-proc. wzroście, 18,24 zł. Kolejny debiutant - estoński operator kasyn Olympic Entertainment Group - zakończył pierwsze notowania z niemal identycznym wynikiem. Na zamknięciu pierwszej sesji jego walory wyceniono na 22,15 zł (wzrost o około 1 proc. powyżej kursu odniesienia).

Reklama
Reklama

Wycena

- problematycznZarówno przedstawiciele domów maklerskich, jak i doradcy finansowi przyznają, że wycena firm przygotowywana przez oferującego w niektórych przypadkach różni się od tej tworzonej przez doradcę finansowego.- Zdarza się, że oferujący w swojej wycenie nie uwzględnia perspektyw rozwoju spółki i nie patrzy na jej przyszłą wartość, przykładając zbyt dużą, moim zdaniem, wagę do wyników historycznych - mówi Tomasz Biel, prezes spółki Biel Capital, doradcy finansowego. - Dla nas oczywiście ważne są wskaźniki rynkowe potencjalnego debiutanta, zwłaszcza ten najpopularniejszy - cena/zysk. Trzeba jednak pamiętać, że jeśli spółka się rozwija i dużo w ten rozwój inwestuje, wskaźniki oparte na zysku będą zachwiane i nie będą oddawać jej rzeczywistej wartości - dodaje.

Spór o wycenę często kończy się wymianą któregoś z członka konsorcjum, przygotowującego firmę do debiutu. Tak było w przypadku producenta obrabiarek dla przemysłu meblowego, spółki Jaroma. Zarząd firmy przewidywał, że spółka zadebiutuje na GPW w III kwartale tego roku. Jednak do tej pory prospekt emisyjny spółki nie trafił do Komisji Nadzoru Finansowego (KNF). Na poślizg złożyło się wiele czynników. Głównym był spór o wycenę spółki. Ta przygotowana przez Dom Maklerski Polonia Net, który miał pełnić rolę oferującego akcje, była o połowę niższa od wstępnej wyceny, którą dla Jaromy przygotował doradca finansowy, spółka Biel Capital. Zmieniono więc oferującego. Przedstawiciele firmy nie informują, kogo wybrano. - Jaroma zna swoją wartość, my też ją znamy - komentuje Tomasz Biel. Norbert Kozioł, wiceprezes DM Polonia Net, twierdzi, że Biel Capital przygotował dla Jaromy "wycenę marzenie". Radził spółce, by przełożyć debiut na przyszły rok. Wtedy, po poprawie wyników, spółka mogłaby uzyskać wycenę zbliżoną, choć wciąż niższą od tej, jaką przygotował Biel Capital. - DM Polonia Net mniejszą wycenę motywował niewykonaniem przez Jaromę założeń finansowych w 2006 roku - przyznaje Lesław Pałosz, wiceprezes firmy.

W 2006 roku grupa (oprócz spółki matki tworzą ją dwie spółki dystrybucyjne oraz Fabryka Sprzętu Okrętowego Remor) zarobiła na czysto 435 tys. zł. To o ponad połowę mniej niż w 2005 roku. Sprzedaż wyniosła 26 mln zł i w porównaniu z 2005 rokiem zwiększyła się o 8,5 mln zł. - Mniejsze zyski to efekt rozpoczętych inwestycji i zwiększonych kosztów marketingowych. Jaroma uczestniczyła też w wielu targach, co kosztuje. Wszystkie te wydatki zaowocują jednak w przyszłości - zapewnia Lesław Pałosz. Informuje również, że zeszłoroczny wynik netto jarocińskiej spółki obciążyły też rosnące ceny stali jednego z materiałów, wykorzystywanego do produkcji obrabiarek. - Surowiec ten zdrożał w zeszłym roku o ponad 100 proc. Nie przerzucaliśmy tej zwyżki na klientów. Wzrost naszych cen był 2-3-procentowy, czyli kosmetyczny - mówi wiceprezes. Prognoza na ten rok zakłada zwiększenie obrotów do 40 mln zł. Wynik netto ma wynieść 2 mln zł. W 2008 roku zysk ma się zwiększyć o 0,4 mln zł, a sprzedaż o 8 mln zł. Wcześniej zarząd informował, że spółka liczy na pozyskanie z rynku 22-27 mln zł. - Wielkość oferty zmniejszyliśmy do 20 mln zł. Wiąże się to z ostatnią serią nieudanych debiutów. Chcemy nasze akcje sprzedać z dyskontem, by inwestorzy mogli zarobić - informuje wiceprezes.

Seko i Fota

też zmieniły oferującego

Reklama
Reklama

Wcześniej konsekwencją konfliktu o wycenę była zmiana oferującego Seko, spółki z branży rybnej. KBC Securities zostało zamienione na Dom Maklerski Polonia Net. Doradcą finansowym firmy (tak jak w przypadku Jaromy) był Biel Capital.

- Walczyliśmy jak lwy, by Seko zostało odpowiednio wycenione. KBC Securities nie akceptowało naszej wyceny i dlatego zostało zmienione - tłumaczy Tomasz Biel. Informuje, że rozbieżności były dość istotne. Czy decyzja okazała się słuszna?

Chojnicka firma ustaliła w ofercie publicznej cenę akcji na 15,5 zł. Walory były więc sprzedawane po maksymalnej cenie z widełek: 13-15,5 zł. Spółka oferowała 1,65 mln akcji nowej emisji oraz 0,5 Dla drobnych graczy przeznaczono 0,85 mln "nowych" akcji. Pozostałe 0,8 mln oraz "stare" walory to była pula dla inwestorów instytucjonalnych. Ci jednak zapisali się tylko na 165 tys. akcji i zgodnie z zapisem w prospekcie emisyjnym, zostały im przyznane walory serii B. Całą pulę papierów nowej emisji "przesunięto" do transzy inwestorów indywidualnych. Zatem kupili oni w sumie wszystkie "nowe" walory. Redukcja zapisów sięgnęła prawie 82 proc. Pozostałe 335 tys. "starych" walorów nie zostało sprzedanych. - Należy jednak podkreślić, że inwestorzy mogli być pod presją bieżącej sytuacji na GPW. Ofertę rozpoczęliśmy w środę po "czarnym wtorku" - komentuje Tomasz Biel.

Debiut spółki nie wypadł imponująco. Prawa do akcji zadebiutowały 0,8 proc. poniżej ceny emisyjnej. Potem było jeszcze gorzej. Na zamknięciu sesji kosztowały 14,88 zł po spadku o 4 proc. - O tym, że nasza wycena była wyważona i atrakcyjna, zarówno dla naszego klienta, jak i dla nabywców akcji, świadczy fakt, że w spółce ujawnił się poważny inwestor finansowy (Opera TFI kontroluje 5,16 proc. kapitału - przyp. red.). A najważniejsze to, że spółka realizuje wszystkie złożone inwestorom obietnice, a wartość jej akcji - wycenianych tym razem przez rynek - rośnie - twierdzi Tomasz Biel.

Z informacji "Parkietu" wynika, że i w przypadku dystrybutora części zamiennych, spółki Fota, zmiana oferującego była podyktowana konfliktem o wycenę. - Nie chciałbym tego komentować - mówi Bogdan Fota, członek zarządu i duży akcjonariusz spółki. Przed złożeniem prospektu emisyjnego do KNF rolę oferującego spółki pełnił DM Millennium. Wartość oferty spółka szacowała wtedy na 60-80 mln zł. Zarząd Foty złożył wniosek do KNF, by na jakiś czas zawiesić zatwierdzanie prospektu emisyjnego. Gdy już został zatwierdzony, okazało się, że Fota nie ma nowego oferującego - ING Securities. Wartość oferty sięgnęła ostatecznie niemal 100 mln zł. - W międzyczasie zmieniły się nastroje na giełdzie - komentuje B. Fota.

Reklama
Reklama

Inwestorzy korzystają

O tym, jak inwestorzy instytucjonalni mogą wykorzystać bieżącą - niekorzystną - sytuację na giełdzie, świadczy przykład dwóch spółek, działających na rynku usług finansowych dla podmiotów medycznych, które niedawno zakończyły swoje oferty. Firmy praktycznie w tym samym czasie przeprowadzały emisję. Magellan w poniedziałek zadebiutuje na GPW, a MW Trade (przeprowadził ofertę prywatną) już zadebiutowało na NewConnect.

W ofercie publicznej Magellana, oprócz nowej emisji, akcje sprzedawał Polish Enterprise Fund IV, zarządzany przez Enterprise Investors. Po zakończeniu budowy księgi popytu spółka i jej główny akcjonariusz (przed ofertą miał 96 proc. akcji) zdecydowali o zmniejszeniu oferty publicznej z blisko 3 mln akcji do 1,3 mln. Cena emisyjna została ustalona na poziomie 42 zł - o 10 zł niższym niż cena maksymalna. Spółka wyjaśniła, że jej oferta zbiegła się w czasie z trudną sytuacją na giełdzie w Polsce, a także na innych rynkach w Europie i na świecie. Mając to na względzie, wspólnie z głównym akcjonariuszem, zdecydowała znacząco ograniczyć liczbę istniejących walorów sprzedawanych w ofercie publicznej. Liczba oferowanych akcji nowej emisji pozostała bez zmian. - Jako większościowy akcjonariusz spółki chcieliśmy, żeby Magellan z powodzeniem zakończył publiczną emisję akcji w przewidzianym terminie i zadebiutował na giełdzie. Dlatego pomimo ceny, która znacznie odbiega od naszych oczekiwań i od wartości fundamentalnej, sprzedaliśmy część oferowanych przez nas akcji - mówi Dariusz Prończuk, Partner Zarządzający Enterprise Investors.

Inaczej wyglądała oferta prywatna MW Trade.

Firma pozyskała 16,3 mln zł, choć początkowo planowała uplasowanie akcji o wartości 15 mln zł. MW Trade sprzedawało jednak akcje w bardziej sprzyjających warunkach rynkowych niż Magellan. Wystarczyło kilka dni różnicy pomiędzy ofertami, aby wyceny spółek znacząco się różniły.

Reklama
Reklama

Sytuacja ta pokazuje, że inwestorzy, którzy wzięli udział w ofercie publicznej, wykorzystali spadki na giełdach, deklarując ceny podczas budowy księgi popytu. Potwierdza to przykład Magellana. Popyt na akcje był znaczący, ale przy niskiej cenie. W trakcie budowy księgi popytu, inwestorzy instytucjonalni zadeklarowali popyt na trzy razy więcej akcji, niż ostatecznie im przydzielono. Biorąc pod uwagę tegoroczne prognozy MW Trade i szacunki analityków dotyczące Magellana, można ocenić, że inwestorzy kupili akcje tanio. Świadczą o tym wskaźniki. Cena/zysk dla akcji MW Trade wyniosła 14,9, a dla Magellana 12,7. Ta druga spółka jest jednak znacząco większa i jest liderem rynku, na którym działa. Niska wycena podczas oferty publicznej może jednak cieszyć inwestorów. Akcje takiej spółki mają większy potencjał wzrostu.

Kłopotliwi debiutanci z CeTO

Do grona udanych debiutantów trudno zaliczyć spółki, które zadebiutowały na GPW, przechodząc bezpośrednio z rynku CeTO. Okazuje się, że sama zmiana notowań nie gwarantuje dalszego wzrostu notowań. Ostatnie przypadki wskazują wręcz, że debiut takich firm to "pewna" szansa na zmniejszenie wartości portfela. Dobrym przypadkiem jest m.in. zielonogórski Zastal, który pojawił się na giełdzie pod koniec sierpnia. Przeprowadzka z CeTO w jego przypadku nie wyszła akcjonariuszom na dobre. Kurs odniesienia wynosił dla tej spółki 4,2 zł. Tymczasem wczoraj inwestorzy płacili za walory Zastalu zaledwie 2,95 zł. Patrząc jednak z dłuższej perspektywy, papiery firmy wciąż pozostają niezłą inwestycją. Dość powiedzieć, że jeszcze na początku roku kurs Zastalu kształtował się na poziomie 1,88 zł.

Charakterystykę "transferów" z rynku CeTO na GPW najlepiej oddaje powszechnie znana reguła: "kupuj plotki - sprzedaj fakty". Akcje spółek dynamicznie rosną w momencie ogłoszenia zamiaru zmiany systemu notowań. Taka deklaracja pada najczęściej z pewnym wyprzedzeniem - zanim papiery faktycznie zmienią rynek. Przyszła zmiana notowań sama w sobie jest katalizatorem dużych wzrostów. Bliski debiut na giełdzie to najlepszy moment do realizacji sporych zysków. W efekcie spółki z CeTO już na podstawowym rynku są "wypalone" i nie mają siły kontynuować wzrostów. Podobny scenariusz miał miejsce w przypadku Rafametu, Karen Notebook, Orła czy Resbudu. Notowania tych spółek są obecnie poniżej cen z ich pierwszych sesji na podstawowym parkiecie

Za granicą przekładają oferty

Reklama
Reklama

Jak wskazują analitycy, światowe giełdy to system naczyń połączonych. Eksperci podkreślają, że niejednokrotnie otwarcie giełdy w USA ma mocniejszy wpływ na notowania na GPW niż np. ważne informacje makroekonomiczne ogłaszane przez GUS (które rzeczywiście mają przełożenie na wyniki naszych spółek). Wraz z pogorszeniem się koniunktury na warszawskim parkiecie na nasz rynek trafiają wieści o spółkach przekładających debiuty na zagranicznych giełdach. Blisko 5 miliardów dolarów miał pozyskać w tym roku z rosyjskiej giełdy aluminiowy gigant Rusal. Tak się jednak nie stanie. Władze koncernu zdecydowały o przełożeniu oferty publicznej.

Co ważne, Rusal nie jest wyjątkiem. Z wejściem na parkiet prawdopodobnie poczeka większość firm z Rosji, które planowały debiut przed końcem grudnia (m.in. brytyjska spółka Coalco, działająca w branży nieruchomości). Idąc za sugestią domów maklerskich, firmy odkładają oferty ze względu na korektę.

Z jednej strony, eksperci podkreślają, że nawet gdy sytuacja na giełdach światowych się poprawi, należy być ostrożnym z podejmowaniem decyzji inwestycyjnych. Z drugiej strony wskazują jednak, że papiery spółek wchodzących na giełdy zawsze znajdą nabywców, pod warunkiem że sprzedający zaproponują rozsądną cenę za walory.

Co będzie dalej?

- W Komisji Nadzoru Finansowego jest teraz 49 prospektów emisyjnych debiutantów i 19 prospektów spółek już notowanych - mówi Łukasz Dajnowicz z urzędu KNF. Do debiutu na GPW szykuje się zatem pokaźne grono firm.

Czy mają się czego bać? Paweł Roszczyk, dyrektor departamentu rynków kapitałowych CDM Pekao, wskazuje na ważną kwestię - spółki nie mają gorszych perspektyw niż przed kwartałem, nie zaczną też nagle mniej zarabiać.

- Myślę, że do głębszego rozpoznania obecnego stanu rynku potrzeba jeszcze trochę czasu -uważa Piotr Cieślak, analityk ze Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych.

Eksperci podkreślają jednak, że trudna sytuacja na GPW i nieudane debiuty na pewno skutkują niższymi wycenami. Twierdzą, że zmieni się też sposób selekcji po stronie inwestorów. Będą oni wybierać lepsze fundamentalnie spółki, a te słabsze będą sprzedawać się z dużym dyskontem w stosunku do rynku. - Z perspektywy inwestorów giełdowych, im spółki sprzedają się taniej, tym większe są szanse na wzrosty notowań w ramach rynku wtórnego. Jednak ta sytuacja dotyczy głównie dłuższego terminu. W krótkim, gdy sprzedaż akcji odbywa się po cenie niższej niż górne widełki, oferta nie jest odbierana jako "gorąca" i debiut jest zazwyczaj słabszy. Z drugiej strony, sytuacja, w której emitent ledwie dopina ofertę, a jednocześnie ustala cenę akcji na górnych widełkach, oznacza, że popyt nie podbije kursu w pierwszych dniach notowań, a wyższa wycena spółki zmniejsza szanse na późniejsze wzrosty - tłumaczy T. Kaczmarek.

Michał Wojciechowski, doradca zarządu DM BOŚ, wskazuje, że sytuacja na rynku IPO to pochodna koniunktury na rynku wtórnym. - Co do przyszłości, to jestem ostrożnym optymistą.

Jeśli na GPW powrócą zwyżki, to rynek pierwotny znów wróci do łask. Zwracam też uwagź, że w ogóle "umarł" rynek nowych ofert i nikt nie chciał angażować pieniźdzy w akcje debiutantów - mówi.

komentarze

Mirosław Tkaczuk

dyrektor Departamentu Transakcji Rynku Kapitałowego w Millennium DM

Nie wykluczam, że rynek w najbliższym czasie "zignoruje" kilka mniej atrakcyjnych emisji

Przykłady ostatnich ofert publicznych pokazują, że wracamy do pewnej normalności. Mijają czasy, gdy na każdej emisji można było w ciemno zarobić. Z drugiej strony nic nie może ciągle rosnąć. Za taki stan rzeczy odpowiada głównie bieżąca koniunktura oraz nastawienie inwestorów do rynku. Obecnie wyceny przyszłych debiutantów się urealniają. Rynek nie chce już płacić takich premii, jak jeszcze kilka tygodni temu. Wstrzymałbym się jednak z wnioskiem, że mija koniunktura dla ofert publicznych. Dobra spółka z rozsądną wyceną zawsze znajdzie chętnych na kupno jej akcji. Nie wykluczam też, że rynek w najbliższym czasie wręcz "zignoruje" kilka mniej atrakcyjnych emisji. Wszystko zależeć będzie od poziomu spodziewanych wycen. Sądzę, że części właścicielom, którzy planują sprzedaż akcji, trudno będzie zrozumieć, że szacunki sprzed kilku tygodni mogą w większości być już nieaktualne. Być może debiutanci wrócą do dobrej zasady i znów będą się "sprzedawać" z dyskontem wobec notowanych firm z branży.

Piotr Cieślak

Analityk ze Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych

Spółki muszą miarkować swój apetyt na kapitał

Słabsze debiuty są naturalną konsekwencją pogorszenia koniunktury giełdowej. W takich okresach sprzedaż drogich akcji po cenie maksymalnej oraz z redukcją na poziomie 99 proc. graniczy z cudem. W okresie pogorszenia koniunktury skłonność do ryzyka i do kupowania drogich akcji spada, a tym samym spółki muszą miarkować swój apetyt na kapitał. Sytuację taką obserwujemy już od wielu tygodni. Sprzedaż akcji po rozsądnych cenach, poniżej górnych widełek, to bardzo zdrowa i z punktu widzenia inwestora pozytywna tendencja. Jest to jednocześnie powrót do rozsądnego myślenia i normalności. W okresie euforii tej normalności, niestety, brakowało, w rezultacie czego inwestorzy często nabywali akcje z wyśrubowaną wyceną. Pogorszenie koniunktury na rynku pierwotnym jest z reguły pochodną pogorszenia na rynku wtórnym. Tak więc nie debiuty decydują o szerokim rynku, a rynek o debiutach. Pogorszenie nastawienia do rynków giełdowych rozkłada

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama