Start piątkowych notowań na giełdach za Atlantykiem mógł dawać nadzieję, że koniec kwartału zakończy się nowymi rekordami - absolutnymi lub kilkuletnimi. Wskaźnikom Dow Jones i Nasdaq Composite po czwartkowej udanej sesji do przebicia szczytów sprzed całej kredytowej zawieruchy brakowało kilku dziesiątych procent i po otwarciu na plusie te szczyty znalazły się jeszcze bliżej. Jednak po kilku godzinach handlu do głosu doszli sprzedający i oba indeksy zjechały dość wyraźnie poniżej kreski. To dość zaskakujące, bo dane, które się w piątek ukazały, raczej dobrze wróżą koniunkturze w amerykańskiej gospodarce - najmocniej od kilku miesięcy wzrosły w sierpniu wydatki konsumpcyjne, a wskaźnik inflacji utrzymał się w bezpiecznym dla Fed przedziale. Zatem albo inwestorzy czekają na dane jak najsłabsze, które popchną bank centralny do dalszego cięcia kosztów kredytu (jak w środę i czwartek, kiedy indeksy rosły mimo fatalnych wieści z amerykańskiego rynku nieruchomości), albo też dopiero w ostatniej chwili dotarło do nich, że może nie postępują zbyt roztropnie, pchając indeksy na nowe szczyty w sytuacji zagrożenia recesją w gospodarce. Bo o ryzyku recesji znów zaczęto w piątek mówić - za sprawą Alana Greenspana, który zabrał głos w brytyjskim radiu. W USA podskoczyły w piątek stopy procentowe na rynku międzybankowym, co skłoniło przede wszystkim do wyprzedaży akcji instytucji finansowych, takich jak Bank of America czy JP Morgan. W Europie Zachodniej od rana głównie indeksy falowały w pobliżu czwartkowego zamknięcia. Po otwarciu giełd w Stanach doszło do wyprzedaży, która okazała się jednak krótkotrwała. Kilka spółek znalazło się w centrum uwagi ze względu na głębokie spadki. Prawie 30 proc. stracili posiadacze akcji brytyjskiej firmy cukrowniczej Tate & Lyle, w którą bije słaby dolar i która z tego względu może mieć straty. Na giełdzie we Frankfurcie o ponad 7 proc., najmocniej od przeszło dwóch lat, zjechały notowania koncernu farmaceutycznego Merck, dla którego rekomendację obniżyli analitycy Deutsche Banku.
PARKIET