Mam kolejne spotkanie. Mój klient opo-
wiada: Dziesięć lat temu zostałem prezesem filii dużego koncernu międzynarodowego z siedzibą w Londynie. Oddział w Polsce był w złym stanie. Budowano właśnie ogromną fabrykę, a sieć handlowa kompletnie się rozsypała. Morale pracowników było niskie. Widzieli we mnie zagrożenie jeszcze zanim pojawiłem się w pracy. Moim priorytetem była więc poprawa efektywności handlowej. Wymyśliłem program "Mystery shopper", co wówczas było nowością w Polsce. Załoga podeszła bardzo sceptycznie do tego pomysłu. A ja wiedziałem, że bez mobilizacji całego oddziału do poprawy sprzedaży nie mógłbym liczyć na znaczący postęp. Dlatego zdecydowałem, że każdy pracownik odwiedzi punkt sprzedaży, udając klienta i zbada, co się dzieje w sklepie, w którym sprzedawano nasze produkty oraz w jaki sposób kupcy przedstawiali je klientom.
Oczywiście oświadczyłem, że sam dam przykład jako pierwszy, co uczyniłem pewnego weekendu. Pojechałem w Polskę z wizytą do moich rodziców, którzy akurat czekali na moją pomoc przy remoncie domu. W drodze do nich zahaczyłem o małą miejscowość, aby sprawdzić jeden z naszych punktów sprzedaży. Sklep był własnością prostego, ale przedsiębiorczego mężczyzny, który sam obsługiwał klientów. Zapytałem go o wyłączniki elektryczne. Zadał dwa pytania uzupełniające i przyniósł mi produkt konkurencji. Byłem zażenowany. Wziąłem przedmiot do ręki, zrobiłem skwaszoną minę i położyłem go na ladzie, prosząc o coś lepszej jakości. Sklepikarz przynosił kolejne produkty, ale ciągle nie naszej firmy. Byłem coraz bardziej zdenerwowany i postanowiłem zwrócić uwagę mężczyzny na jakość wyrobów firm brytyjskich. Sklepikarz nie rozumiał, o co mi chodziło. Totalnie zdegustowany poprosiłem o produkt mojej spółki.
Przybity szedłem w kierunku drzwi, ale zanim opuściłem sklep odwróciłem się i zapytałem, dlaczego nie zaproponował mi od razu wyłącznika, który ostatecznie kupiłem. Odpowiedział: "Popatrzyłem na pana i pomyślałem, że nie stać pana na tego typu produkt!".
W poniedziałek opowiedziałem mojej asystentce tę historię. Śmiała się do łez. Prawda, że mój styl prezesa brytyjskiego koncernu miał niewiele wspólnego z tym ubraniem roboczym, które miałem na sobie, jadąc do rodziców. Ważne, że moja asystentka odkryła i polubiła moje drugie oblicze. Dlatego postanowiłem, że na konferencję sprzedaży, która miała się odbyć za tydzień, właśnie po to, aby oficjalnie wylansować program "Mystery shopper", opowiem wszystkim o mojej przygodzie w sklepiku.