Przedstawiciele największych spółek energetycznych są przekonani, że tylko podwyżki cen energii mogą zapewnić bezpieczeństwo dostaw prądu. Wskazują, że największe przedsiębiorstwa czekają ogromne i nieuchronne inwestycje.
- Przy dzisiejszych cenach energii na rynku hurtowym nie ma większych możliwości, aby odbudować moce wytwórcze. Tym samym trudno mówić o bezpieczeństwie energetycznym - mówi Paweł Urbański, prezes Polskiej Grupy Energetycznej, podczas Forum Energetycznego organizowanego przez Gazetę Giełdy "Parkiet". Podkreślił on, że w perspektywie kilku lat powinniśmy dojść z cenami energii do średniej unijnej. Wtóruje mu Jacek Pauli, wiceprezes koncernu Energa. - Nie uciekniemy przed podwyżkami cen, jeśli chcemy zapewnić bezpieczeństwo dostaw dla klientów - uważa. Zdaniem prezesów, spodziewany wzrost cen energii na rynku hurtowym do 145 zł za megawatogodzinę jest ruchem w dobrym kierunku.
Pobożne życzenia?
- Mówienie o bezpieczeństwie energetycznym jako faktycznym stanie jest pewną mrzonką - twierdzi Robert Gwiazdowski, znany ekspert gospodarczy. W jego opinii cieniem kładą się liczne błędy popełnione przez decydentów w poprzednich latach. Chodzi m.in. o sposób prywatyzacji firm związanych z energetyką.
Ważnym elementem bezpieczeństwa jest zachowanie odpowiedniego poziomu konkurencji. Obecnie 70 proc. energii wytwarzają podmioty kontrolowane przez Skarb Państwa. Nie jest to najlepsze rozwiązanie. Branży przeszkadzają też kłopoty z taryfowaniem cen prądu. Urząd Regulacji Energetyki najpierw podjął decyzję o liberalizacji sposobu ustalania cen prądu, aby - już pod nowym kierownictwem - się z tego wycofać. Potem jednak Mariusz Swora, szef URE, uznał, że nie da się w całości odwrócić decyzji poprzednika, i ograniczył liberalizację dla dostaw prądu dla firm. W przypadku gospodarstw domowych zaś ceny prądu nadal mają być zatwierdzane przez URE. Wczoraj urząd ten wezwał 14 przedsiębiorstw energetycznych do przedstawienia mu taryf, obejmujących energię dostarczaną do odbiorców indywidualnych.