Reklama

W zarządzaniu najważniejszy jest charakter

Z Maciejem Kwiatkowskim, prezesem TFI Opera, rozmawia Tomasz Czarnecki

Publikacja: 14.12.2007 08:27

Dlaczego zdecydował się Pan założyć własne towarzystwo funduszy inwestycyjnych?

Ja nic innego nigdy nie chciałem robić. A czemu własne? W Creditanstalt, przez 7 lat, byłem tylko pracownikiem najemnym. W BRE mieliśmy już jako zespół 20 proc. biznesu. Praca całkowicie "na swoim" była więc oczywistym kolejnym krokiem. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności w 2004 r. wygasł dwuletni zakaz konkurencji, jaki mnie obowiązywał po odejściu z BRE, a równocześnie zliberalizowana została ustawa o funduszach inwestycyjnych. Wcześniej barierą były m.in. bardzo wysokie wymogi kapitałowe. To były duże pieniądze. Nowa ustawa obniżała wymogi, umożliwiając de facto osobom fizycznym wejście na rynek. Po krótkiej naradzie w gronie współpracowników zdecydowaliśmy się działać.

Zadzwoniliśmy do paru klientów. Odpowiedź była jasna - jeżeli zaoferujemy produkt, który będzie zarządzany tak jak zarządza się własnymi pieniędzmi, to pójdziemy z wami. Potem to już była tylko technologia: statuty, prospekty. Napisaliśmy wszystko sami, bez pomocy kancelarii prawnych.

Czy fakt, że ma Pan licencję doradcy inwestycyjnego nr 1 był pomocny?

Nie, sam numer licencji chyba nie. Może tylko w tym sensie, że jestem najdłużej na rynku: klienci mnie znają i że ja znam wielu. Byłem także rozpoznawany w KNF - przecież cała moja kariera to praca w podmiotach przez nich nadzorowanych. Nie byłem dla KNF osobą anonimową czy wzbudzającą jakieś wątpliwości. Choćby takie, że szykuję skok na kasę i ucieknę z pieniędzmi (śmiech). Tak więc dziewięcioletnia współpraca z klientami niewątpliwie miała wpływ na powstanie TFI Opera. Nikt nie powierza komuś pieniędzy ot tak sobie. Zresztą widać to na przykładzie innych, podejmujących podobne próby.

Reklama
Reklama

Doświadczenie zadecydowało o sukcesie?

Doświadczenie było istotne. Jednak niekoniecznie w zarządzaniu aktywami. Mam wątpliwości, czy doświadczenie w zarządzaniu w ogóle pomaga. Chodzi mi raczej o relacje z klientami. Pracę przy funduszach na dobre zacząłem dopiero w Operze. Wcześniej było to zarządzanie indywidualnymi portfelami. A ta usługa jest bardzo "spersonifikowana" - to znaczy, że rozmawia się z konkretnym panem Iksińskim i często te kontakty mają osobisty charakter.

I te relacje pomogły?

Tak, bardzo. Dzisiaj, z perspektywy czasu wszystko wydaje się proste i oczywiste. Doradcy odchodzą z TFI, zakładają własne towarzystwa i mówią, że im się powiedzie. Jednak gdy my zaczynaliśmy, nikt nie wróżył nam powodzenia. Liczyliśmy, że po dwóch latach będziemy zarządzać około 200 mln zł i z tego będziemy żyli, całkiem dobrze, ale bez przesady. Tymczasem mieliśmy sporo szczęścia, bo trafiliśmy na dobry moment, kiedy rynek szybko rósł, a ponadto klienci zareagowali na naszą ofertę lepiej niż oczekiwaliśmy. Bardzo dużo ludzi poszukiwało czegoś nowego, inwestycji "niebenchmarkowych", firmy, która nie byłaby związana z bankami. W efekcie, po dwóch latach zarządzamy ponad 1,5 mld zł i zatrudniamy ponad 70 osób. To są rzeczy, które wcześniej nawet nie przyszłyby mi do głowy. Zaczynaliśmy przecież z 1 mln zł, na który zrzuciliśmy się we czterech i nie dołożyliśmy od tamtej pory nawet grosza, a wręcz przeciwnie.

I to wszystko siłami czterech osób?

Tak. To jest największa satysfakcja, jaką mam. To, że można zrobić coś z niczego. Bez głupiego gadania, że podatki za wysokie, że bariery, że biurokracja, że w Polsce się nie da itd., itp. Można od zera zrobić coś, co jest naprawdę wartościowym biznesem. Pod warunkiem, że wierzy się w to, co się robi, że ma się jakąś przewagę nad konkurencją i jest motywacja.

Reklama
Reklama

W jaki sposób zdobywacie informacje o spółkach?.

To nie jest pytanie do mnie. Za zarządzanie jestem odpowiedzialny w niewielkim zakresie, w zasadzie tylko za decyzje strategiczne. Nie znam się na tym po prostu.

Czy kontakty, choćby w KNF, zdobyte podczas wielu lat pracy, pomagają w funkcjonowaniu na rynku? Ja jakiś specjalnych kontaktów nie mam, ale długie bezkonfliktowe relacje na pewno nie przeszkadzają. Na początku wszystko szło faktycznie bardzo szybko. Chociaż, gdy ubiegaliśmy się o zgodę KNF na rejestrację TFI i sondowaliśmy, jakie jest nastawienie, to płynęły do nas niejednoznaczne sygnały. Byliśmy przecież pierwszym TFI, które składało się wyłącznie z osób fizycznych. Była też bardziej nieprzyjemna sprawa. Dochodziły do nas informacje, że poprzedni pracodawca nie zmartwiłby się - delikatnie mówiąc - gdyby nam się nie udało i lekko nam nogę podstawiał. I prawie mu się to udało. Co zrobić, taki biznes.

O co poszło?

O klientów. Wiadomo było, że będziemy starali się dotrzeć do naszych starych klientów. Pamiętam, że szliśmy już na posiedzenie KNF, aby odebrać zezwolenie, gdy usłyszeliśmy, że doszedł nowy czynnik, wymagający analizy. To był straszny stres. Na szczęście okazało się, że mieliśmy poparcie naszego najważniejszego klienta. Fundacja na Rzecz Nauki Polskiej wysłała do KNF list zdecydowanie popierający naszą inicjatywę. A mówiąc wprost, że jesteśmy jedynymi ludźmi, na których się nie zawiedli i którym ufają. To był niesamowity gest.

I to pomogło.

Reklama
Reklama

Najwyraźniej tak. Dwa tygodnie później otrzymaliśmy zgodę na utworzenie dwóch funduszy. Jeden to był fundusz dla Fundacji, która wpłaciła 100 mln zł. Drugi to był Opera FIZ. Klienci, których przyciągaliśmy, chcieli, abyśmy, o czym już wspomniałem, zarządzali pieniędzmi tak jak własnymi. Jak własnymi - to znaczy, że trzeba było wyłożyć własne pieniądze. W efekcie jesteśmy jedynym TFI w Polsce, które nakazuje wszystkim pracownikom inwestowanie tylko w nasze fundusze albo lokaty bankowe. Nie słyszałem, aby inne towarzystwo miało takie zasady.

Rozumiem, że kadra kierownicza daje pracownikom przykład?

Oczywiście, osobiście z tego powodu jestem zadłużony po uszy, bo mam nawet lewar pod mieszkanie, w którym mieszkam. Na początku obiecaliśmy naszym klientom, że wszystkie swoje inwestycje finansowe będziemy trzymać w jednym worku. I wywiązujemy się z tej niepisanej umowy.

Przyniosło to skutek?

Pierwsze kilka emisji certyfikatów obejmowali tylko nasi "starzy" klienci. Potem zaczęli też przychodzić ludzie pozyskani na zasadzie reklamy szeptanej. To jest najlepsza, najtańsza i najefektywniejsza metoda, choć nie daje oczywiście efektu skali, bo nigdy w ten sposób nie zdobędzie się olbrzymich aktywów.

Reklama
Reklama

Powiedział Pan kiedyś, że najważniejsze, aby fundusz stale przynosił zyski, bez względu na koniunkturę. Jak na trudnym rynku spełniacie tę obietnicę?

Pytanie jest tendencyjne (śmiech). A na serio oczywiście bywa różnie. Oczywiście powinno tak być; powinniśmy się o to starać i naprawdę się staramy! Czy nam to wychodzi? Raz lepiej, raz gorzej, jak to w inwestycjach. Nasze fundusze otwarte, akcyjny i dłużny, zgodnie z ostatnim rankingiem "Rzeczpospolitej" są najlepsze w Polsce. Fundusze zrównoważone, FNP i NGO są jednymi z najlepszych. Zdecydowanie gorsze drugie półrocze mają fundusze zamknięte. Reasumując, wszystkie nasze fundusze plasują się w czołówce swoich kategorii? ale zdecydowanie mogłoby być dużo, dużo lepiej.

Jeśli natomiast pyta Pan o konkretne sytuacje, to przykładowo w tamtym roku w lecie był okres bardzo mocnych spadków. W ciągu jednego dnia Turcja spadła ponad 20 proc. (indeks + waluta). Sprzedaliśmy wszystko tego samego dnia, ponieśliśmy dużą stratę. Potem spadki znacznie się pogłębiły. Kilka tygodni później, kiedy media odtrąbiły bessę, zacisnęliśmy żeby i obkupiliśmy się po uszy. Na koniec roku wyszło bardzo przyzwoicie.

To była odważna, ale i ryzykowna decyzja. Ten styl zarządzania Panu odpowiada?

Tu nie chodzi o styl. Ja naprawdę wierzę, że produkt powinien być faktycznie atrakcyjny dla klienta, a nie tylko agresywnie promowany i sprzedawany. I wierzę, że to zarządzający powinien podejmować decyzje, kiedy wejść w akcje, kiedy w obligacje, surowce czy gotówkę. To jest naprawdę najważniejsza decyzja inwestycyjna. Znacznie ważniejsza niż to, czy kupujemy spółkę x, czy y z danego sektora.

Reklama
Reklama

Tymczasem większość towarzystw przerzuca na klienta tę najważniejszą decyzję, i to klient musi zadecydować, czy wybrać fundusz akcji, dłużny, nieruchomości czy surowców. My uważamy, że klienta nie powinno interesować, na czym się zarabia, a jedynie maksymalny stopień ryzyka. Liczy się też, czy można zająć "krótką pozycję", bo to jest warunek konieczny sukcesu. A dalej - jak to w inwestycjach. Najlepszy zarządzający różni się tym od najgorszego, że ten pierwszy ma 60 proc. trafnych decyzji, a ten drugi 40 proc. Nie ma ludzi, którzy nieustannie trafiają albo ciągle się mylą. Gdyby był człowiek, który bez przerwy by się mylił, byłby bezcenny.

Rozumiem, że od razu by go Pan zatrudnił i postępował dokładnie na odwrót.

Tak jest. Zamknąłbym go w złotej klatce, zapewnił najlepsze możliwe warunki i robił dokładnie odwrotnie (śmiech). Nawiasem mówiąc, jest taki jeden w Polsce autorytet finansów, który mylił się prawie zawsze. Niestety, zajmuje się tylko makro.

Powiedzmy sobie szczerze, że w przypadku najbardziej płynnych aktywów największe znaczenie mają teoria chaosu i przypadek. Wydaje mi się, że bardzo mało ludzi zdaje sobie sprawę, że immanentną cechą rynku i cen rynkowych jest równowaga oczekiwań. Jeśli weźmiemy gazetę, to wszyscy piszą, że to było oczywiste, że giełda wzrośnie. A to nieprawda - bo czy giełda rośnie, czy spada, to każdego dnia dokładnie taka sama liczba akcji jest kupowana i sprzedawana. Co do sztuki. To oznacza, że cena rynkowa jest ceną równowagi. Dlatego z prawdopodobieństwem większym od 50 proc. można szacować, czy dana spółka, sektor czy giełda zachowają się lepiej w ciągu roku czy dwóch.

Ale co się stanie za tydzień lub dwa? O tym decyduje przypadek i szkoda czasu, żeby to zgadywać. Choć akurat teraz myślę, że w grudniu akcje zachowają się dobrze (śmiech).

Reklama
Reklama

Co o tym zadecyduje?

Wiadomo, że w Polsce zjawisko "window dressing" jest bardzo silne. To dlatego, że mało jest takich parkietów na świecie, gdzie kapitalizacja funduszy w stosunku do płynności rynku byłaby tak olbrzymia. Teraz, posługując się miliardem złotych, można zrobić wszystko. W TFI i OFE jest ponad 250 mld zł. Od tego zależą premie, awanse, mołojecka sława niemalże, po prostu wszystko. Kto odpuści, jeśli dzięki 1 mld zł można rynek przesunąć o 5 proc.? Dlatego myślę, że na koniec roku będzie poważny rajd, ale to dlatego, że mówimy o specyficznym miesiącu. Kiedy indziej znacznie trudniej o takie prognozy.

Generalnie jest taki mit, kreowany przez media, że zarządzający, doradcy i analitycy to jacyś geniusze, którzy wszędzie byli i wszystko wiedzą. A to bzdura. Proszę zwrócić uwagę na jedną rzecz. Jeśli w telewizji czy radio pada prośba o komentarz dotyczący przeszłości, elokwencja i słowotok jest niepowstrzymany. Jeśli natomiast jakiś nieodpowiedzialny dziennikarz zada niedyplomatyczne pytanie o przyszłość, to doskonała atmosfera pryska. Słyszymy, że trzeba zachować ostrożność, sytuacja musi się wyklarować, dominować będzie niepewność itd. Komedia, ale takie są fakty. Przecież nikt nie wie, co będzie. Jedyną dużą nieefektywnością, na której można zarobić, jest długofalowy trend. Ale nikt nie pyta, co będzie za 5 lat, tylko za tydzień-dwa.

Czy poza polską giełdą chętnie inwestujecie na innych rynkach?

Wychodzimy mocno poza Polskę, co nas też sporo kosztowało. Byliśmy bardzo wcześnie w Indiach, Brazylii czy we wspomnianej Turcji, nawet niestety za wcześnie. Tam zresztą poza akcjami, które kupują teraz wszyscy, inwestowaliśmy w obligacje, które dawały rocznie 23 proc. zysku, i to w umacniającej się wtedy tureckiej lirze.

Udało się w końcu wejść na rynek chiński?

Jak do tej pory nie. Startowaliśmy; chcieliśmy wziąć udział w największej ofercie na świecie - na akcje Industrial and Commercial Bank of China. I to jako jedyne TFI z Polski, bo nikomu się nie chciało. Niestety - "odstrzelili" nas. Poza tym już rok temu Chiny wydawały się nam za drogie, od tego czasu urosły kolejne 100 proc. Tak to jest, czasami zbyt dużo myślenia i zastanawiania się niestety nie popłaca. Teraz zdecydowanie za późno.

Myślicie o Afryce? Bo w mediach zagranicznych coraz częściej wspomina się o tym kontynencie.

Tak, to prawda, bo to jeden z nielicznych nieskorelowanych rynków, który pozostał na świecie. Myślimy, ale niewiele na razie z tego myślenia wynika. Jakieś pół roku temu chcieliśmy na przykład inwestować w Zimbabwe, ale okazało się to niewykonalne.

Dlaczego niewykonalne?

Bo trzeba by było wziąć walizkę z pieniędzmi, pojechać na miejsce i tam zainwestować. A w przypadku funduszu ciężko to zrobić. Od razu by mnie zatrzymano na granicy (śmiech).

Afryka nas interesuje i posiadamy akcje spółek z tego kontynentu, ale nie są to aktualnie pozycje znaczące z punktu widzenia całości portfela.

Na co patrzycie, kupując akcje poza Polską?

Głównie na rynki bardziej rozwinięte. Wbrew temu, co się mówi, nie wszędzie można zainwestować. Patrzymy, że jest fantastyczny rynek na przykład w Wietnamie, a PKB rośnie w tym kraju po kilkanaście proc. przez wiele lat. I co z tego, skoro nie ma tam płynnych instrumentów finansowych, które można by kupić? A nikt nie pojedzie i nie będzie kupował fabryki kapci. Są więc pewne warunki konieczne do takich inwestycji - kontynent czy rynek musi być ciekawy, ale także technicznie inwestowalny.

Są inne bariery?

Na niektórych rynkach są takie bariery instytucjonalne, że każdy podmiot, który chce inwestować, musi złożyć odpowiednie dokumenty. Ta procedura trwa i często trzeba czekać pół roku na zgodę. Jest również wiele rynków, które są atrakcyjne, ale płynność tam jest bardzo niska.

Jak przekonujecie inwestorów, że poradzicie sobie z rynkami tak odległymi i egzotycznymi? Przecież jest wiele innych lokalnych funduszy, które dany rynek znają znacznie dokładniej...

Myślę, że mamy jedną znaczącą przewagę - my po prostu nie musimy tam być. 2 lata temu przyglądaliśmy się Japonii, weszliśmy, wzięliśmy kilkanaście procent i od tego czasu rynek nas nie interesuje. Jeśli jest się na jakimś rynku, to z różnych powodów, jakieś tam zaangażowanie się posiada. I to często przeszkadza. Ale można także wgryźć się dokładniej. Jednym z naszych najlepszych posunięć w tamtym roku było skonstruowanie przez Sebastiana Słomkę portfela aktywów indyjskich, który rósł szybciej od miejscowego indeksu chyba dwadzieścia sesji z rzędu.

Jak można maksymalizować zyski funduszu?

Teoretycznie wyjście poza Polskę w stronę ryzykowniejszych aktywów powinno zwiększyć stopy zwrotu. Bywa jednak odwrotnie, a w dwóch ostatnich latach na pewno było odwrotnie. Polska była jednym z najmocniejszych rynków świata. Geograficzne rozproszenie inwestycji zmniejsza raczej zmienność, czyli ryzyko, chociaż z tym też bywa różnie, bo ostatnio rynki "chodzą" w zasadzie równolegle. Dziesięć lat temu tak nie było. Przede wszystkim wtedy kursy akcji zachowywały się odwrotnie niż ceny surowców. W ostatnich latach poruszają się w jedną stronę.

Jaki był największy sukces inwestycyjny TFI Opera?

Jeszcze przed nami, mam nadzieję. Największym sukcesem inwestycyjnym tego roku było całkowite wyjście z "budowlanki" na przełomie roku. Sprzedaliśmy wszystkie spółki z tej branży i to co do akcji.

A strata?

Prima Charter. To inwestycja, z której wyszliśmy ze sporą stratą. Może w liczbach bezwzględnych nie była to duża kwota, bo inwestycja była niewielka, ale procentowo strata była olbrzymia.

Czy inni zarządzający patrzą na wasze ruchy?

Nie sądzę. Jesteśmy za mali. Mamy około 1 proc. aktywów wszystkich TFI, dodatkowo sporą część aktywów trzymamy za granicą, więc jesteśmy mikroskopijni i nikomu nie wadzimy.

Jak duży macie wpływ na zarządzanie spółek, które kupujecie?

Generalnie zgadzam się z tradycyjną dewizą, że w inwestycjach powinno się mieć albo płynność, albo kontrolę. Jeżeli więc kupujemy spółki płynne, z których możemy wyjść w ciągu dwóch dni, tygodnia, to wiadomo, że najprostszym sposobem głosowania jest głosowanie nogami. Czyli jak się coś nie podoba - to się sprzedaje akcje.

W przypadku, gdy nie ma takiej możliwości - private equity lub niepłynne papiery notowane - bliżej przyglądamy się finansom. Tak jest właśnie z Pagedem, który dostaliśmy aportem od Edwarda Mzyka. Oczywiste jest, że trzeba takiej spółce pomagać i kontrolować ją pod względem finansowym. Na pewno nie pod względem operacyjnym, bo na tym się nie znamy. Na świecie jest specjalizacja i trzeba się do niej przekonać. Nikt sobie sam nie wyrywa zębów ani nie naprawia samochodów.

Jak zarządzać ryzykiem?

Ryzykiem można zarządzać poprzez dywersyfikację aktywów, choć - jak powiedziałem wcześniej - też nie do końca, bo globalna korelacja jest bardzo wysoka. Jest kilka prawd, które generalnie się sprawdzają, jak choćby ta, że gdy wszyscy twierdzą, że będzie rosło, to będzie spadało. Mój kolega mówił, że do zarządzania aktywami inteligencja nie jest zbytnio potrzebna, a nawet przeszkadza. To stwierdzenie mi się strasznie podoba, coś w tym jest. To, co jest naprawdę ważne, to charakter - żeby w momentach przełomowych na rynku działać wbrew powszechnej opinii.

Czy to odpowiedź na pytanie o cechy dobrego zarządzającego?

Tak, kluczowe są charakter i odwaga działania wbrew presji środowiska. To musi mieć zarządzający. To, co jest istotne, to fakt, że rynek jest hermetyczny i bardzo, bardzo mały. Zarządzający się znają i ze sobą rozmawiają. Bardzo widoczne jest to w OFE, bo one zachowują się zupełnie jak jedno stado. A przecież człowiek sam siebie nie prześcignie ani sam siebie za włosy nie podniesie, a ja w szczególności. Więc szukam zarządzających, którzy nie pracowali w funduszach. Ci, którzy tam byli, niestety, patrzą na świat przez pryzmat benchmarku i to w absurdalnie krótkim terminie. I płaczą, że danego dnia indeks wzrósł o 0,5 proc., a ich fundusz o 0,3 proc., i dlaczego tak się stało. A kogo to obchodzi!? Ja chcę zarządzać naszym biznesem przez 20-30 lat. Wyniki inwestycyjne interesują mnie w horyzoncie co najmniej rocznym.

W którą stronę będzie ewoluował nasz rynek TFI?

Nasz rynek jest całkiem dojrzały. Uważam, że udział towarzystw takich jak TFI Opera, czyli niezwiązanych z bankami, będzie się zwiększał. To jest uzasadnione ekonomicznie z kilku powodów.

W wielkiej instytucji 2/3 pary idzie w gwizdek. Raz, że są to olbrzymie machiny nastawione na trawienie własnego czasu na przeróżne komitety, rady, raportowanie góra-dół. A dwa, że jak byśmy tego eufemistycznie nie nazwali, to wielkie instytucje nie zawsze działają w interesie klienta. Jak otwierałem Operę i poszedłem do domu maklerskiego negocjować prowizję, to otrzymałem ją na poziomie 0,18 proc. Fundusz, który był od nas 10 razy większy, a należał do tego samego banku, co dom maklerski, płacił 0,28 proc. Dlaczego? Przecież nie dlatego, że źle negocjował, tylko dlatego, że w interesie grupy finansowej jako całości jest to, żeby każdą złotówkę, która trafia do funduszu, z każdej możliwej strony oskubywać. Za prowizje maklerskie zapłaci się nierynkową stawkę, kredyt i depozyt dostanie zawsze na ciut gorszych warunkach niż na rynku. Można nazwać to cross-sellingiem, a można i inaczej.

Dlatego to chyba nie przypadek, że na najbardziej konkurencyjnych rynkach anglosaskich udział indywidualnych zarządzających jest duży. Myślę, że u nas też będzie rósł.

Dziękuję za rozmowę

fot. a. cynka

Maciej Kwiatkowski

prezes i współwłaściciel TFI Opera

Lat 38. Studiował informatykę na Politechnice Warszawskiej. Jak to się stało, że został doradcą inwestycyjnym?

Podczas gry w bilard kolega wspomniał o kursie maklerskim. Bardzo mu się ten pomysł spodobał, tym bardziej że w jego ocenie studia informatyczne były... nudne. Egzamin maklerski zdał na początku 1993 r., uzyskując najlepszy wynik w kraju. Osiągnięcie to nie miało jednak znaczenia dla potencjalnych pracodawców. Na próżno chodził po biurach maklerskich, szukając zatrudnienia. Miał po prostu pecha - wtedy akurat nikt nie szukał maklerów. W końcu zatrudnił się w biurze maklerskim Kredyt Banku za 300 zł miesięcznie. Postawił jednak firmie warunek - opłaci jego kurs na doradcę inwestycyjnego. Po egzaminie czuł niesmak, że był zbyt łatwy. Jak się okazało, nie dla wszystkich. Egzamin zdały tylko dwie osoby, a Maciejowi Kwiatkowskiemu przypadła licencja nr 1. W latach 1994-2000 był związany z grupą CA IB (d. Creditanstalt) - stworzył, a następnie kierował pierwszą na naszym rynku działalnością w zakresie zarządzania aktywami w Polsce. W roku 2000 przeszedł praktycznie z całym swoim zespołem do BRE. Był współzałożycielem, udziałowcem i prezesem BRE Asset Management (później Skarbiec).

Z BRE rozstał się w 2002 roku, podpisując 2-letnią umowę o zakazie konkurencji, zgodnie z którą nie mógł przez kolejne dwa lata pracować w branży. W jej trakcie wraz z kolegami prowadził własną działalność w zakresie doradztwa gospodarczego. W roku 2004 razem ze starymi współpracownikami założył OPERA TFI - pierwsze i aktualnie największe prywatne TFI. Obecnie kieruje oraz jest większościowym akcjonariuszem grupy OPERA, w skład której wchodzą OPERA TFI, dom maklerski oraz spółka zarządzająca portfelami. W październiku 2007 r. został uhonorowany tytułem "Osobowość Roku Rynku Kapitałowo-Finansowego 2007? za całokształt osiągnięć na rynku finansowym w Polsce.

W grudniu

będzie dobrze

Odpowiedź na pytanie, co czeka warszawską giełdę w krótkim terminie, brzmi: będzie raczej dobrze. Do końca grudnia będziemy jeszcze świadkami ewidentnych wzrostów cen akcji. Przyczyni się do tego głównie tzw. window dressing. Wszystko przecież zależy od tego, jaki jest stosunek pieniędzy w rękach inwestorów instytucjonalnych do płynności rynku. A jak jest na GPW, wszyscy wiedzą. Można również oczekiwać, że dobra passa będzie kontynuowana po Nowym Roku. Styczeń jest statystycznie "najmocniejszym? miesiącem naszej giełdy. Wtedy to fundusze inwestycyjne i emerytalne dokonują przetasowań w portfelach i dochodzi do alokacji nowego kapitału. Co w tym czasie może stanowić zagrożenie dla takiego scenariusza? Niebezpieczne może okazać się dotkliwe przeniesienie skutków amerykańskiego kryzysu na rynku ryzykownych kredytów na wyniki spółek. Prawdopodobieństwo takiego rozwoju wydarzeń wydaje się jednak mało realne. I to nie ze względu na działania amerykańskiego banku centralnego. Nie mają bowiem one tak naprawdę większego znaczenia, bo wpływają w niewielkim stopniu na rzeczywiste stopy rynkowe. Pozostaje oczywiście pytanie, w jakiej mierze te zawirowania kredytowe znajdują się już w cenach akcji. Warto zwrócić uwagę, że mimo kryzysu większość indeksów znajduje się w okolicach swoich maksimów. Rynki najzwyczajniej nie chcą spadać. A jak nie chcą spadać, to zwykle rosną.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama