Co o tym zadecyduje?
Wiadomo, że w Polsce zjawisko "window dressing" jest bardzo silne. To dlatego, że mało jest takich parkietów na świecie, gdzie kapitalizacja funduszy w stosunku do płynności rynku byłaby tak olbrzymia. Teraz, posługując się miliardem złotych, można zrobić wszystko. W TFI i OFE jest ponad 250 mld zł. Od tego zależą premie, awanse, mołojecka sława niemalże, po prostu wszystko. Kto odpuści, jeśli dzięki 1 mld zł można rynek przesunąć o 5 proc.? Dlatego myślę, że na koniec roku będzie poważny rajd, ale to dlatego, że mówimy o specyficznym miesiącu. Kiedy indziej znacznie trudniej o takie prognozy.
Generalnie jest taki mit, kreowany przez media, że zarządzający, doradcy i analitycy to jacyś geniusze, którzy wszędzie byli i wszystko wiedzą. A to bzdura. Proszę zwrócić uwagę na jedną rzecz. Jeśli w telewizji czy radio pada prośba o komentarz dotyczący przeszłości, elokwencja i słowotok jest niepowstrzymany. Jeśli natomiast jakiś nieodpowiedzialny dziennikarz zada niedyplomatyczne pytanie o przyszłość, to doskonała atmosfera pryska. Słyszymy, że trzeba zachować ostrożność, sytuacja musi się wyklarować, dominować będzie niepewność itd. Komedia, ale takie są fakty. Przecież nikt nie wie, co będzie. Jedyną dużą nieefektywnością, na której można zarobić, jest długofalowy trend. Ale nikt nie pyta, co będzie za 5 lat, tylko za tydzień-dwa.
Czy poza polską giełdą chętnie inwestujecie na innych rynkach?
Wychodzimy mocno poza Polskę, co nas też sporo kosztowało. Byliśmy bardzo wcześnie w Indiach, Brazylii czy we wspomnianej Turcji, nawet niestety za wcześnie. Tam zresztą poza akcjami, które kupują teraz wszyscy, inwestowaliśmy w obligacje, które dawały rocznie 23 proc. zysku, i to w umacniającej się wtedy tureckiej lirze.
Udało się w końcu wejść na rynek chiński?
Jak do tej pory nie. Startowaliśmy; chcieliśmy wziąć udział w największej ofercie na świecie - na akcje Industrial and Commercial Bank of China. I to jako jedyne TFI z Polski, bo nikomu się nie chciało. Niestety - "odstrzelili" nas. Poza tym już rok temu Chiny wydawały się nam za drogie, od tego czasu urosły kolejne 100 proc. Tak to jest, czasami zbyt dużo myślenia i zastanawiania się niestety nie popłaca. Teraz zdecydowanie za późno.
Myślicie o Afryce? Bo w mediach zagranicznych coraz częściej wspomina się o tym kontynencie.
Tak, to prawda, bo to jeden z nielicznych nieskorelowanych rynków, który pozostał na świecie. Myślimy, ale niewiele na razie z tego myślenia wynika. Jakieś pół roku temu chcieliśmy na przykład inwestować w Zimbabwe, ale okazało się to niewykonalne.
Dlaczego niewykonalne?
Bo trzeba by było wziąć walizkę z pieniędzmi, pojechać na miejsce i tam zainwestować. A w przypadku funduszu ciężko to zrobić. Od razu by mnie zatrzymano na granicy (śmiech).
Afryka nas interesuje i posiadamy akcje spółek z tego kontynentu, ale nie są to aktualnie pozycje znaczące z punktu widzenia całości portfela.
Na co patrzycie, kupując akcje poza Polską?
Głównie na rynki bardziej rozwinięte. Wbrew temu, co się mówi, nie wszędzie można zainwestować. Patrzymy, że jest fantastyczny rynek na przykład w Wietnamie, a PKB rośnie w tym kraju po kilkanaście proc. przez wiele lat. I co z tego, skoro nie ma tam płynnych instrumentów finansowych, które można by kupić? A nikt nie pojedzie i nie będzie kupował fabryki kapci. Są więc pewne warunki konieczne do takich inwestycji - kontynent czy rynek musi być ciekawy, ale także technicznie inwestowalny.
Są inne bariery?
Na niektórych rynkach są takie bariery instytucjonalne, że każdy podmiot, który chce inwestować, musi złożyć odpowiednie dokumenty. Ta procedura trwa i często trzeba czekać pół roku na zgodę. Jest również wiele rynków, które są atrakcyjne, ale płynność tam jest bardzo niska.
Jak przekonujecie inwestorów, że poradzicie sobie z rynkami tak odległymi i egzotycznymi? Przecież jest wiele innych lokalnych funduszy, które dany rynek znają znacznie dokładniej...
Myślę, że mamy jedną znaczącą przewagę - my po prostu nie musimy tam być. 2 lata temu przyglądaliśmy się Japonii, weszliśmy, wzięliśmy kilkanaście procent i od tego czasu rynek nas nie interesuje. Jeśli jest się na jakimś rynku, to z różnych powodów, jakieś tam zaangażowanie się posiada. I to często przeszkadza. Ale można także wgryźć się dokładniej. Jednym z naszych najlepszych posunięć w tamtym roku było skonstruowanie przez Sebastiana Słomkę portfela aktywów indyjskich, który rósł szybciej od miejscowego indeksu chyba dwadzieścia sesji z rzędu.
Jak można maksymalizować zyski funduszu?
Teoretycznie wyjście poza Polskę w stronę ryzykowniejszych aktywów powinno zwiększyć stopy zwrotu. Bywa jednak odwrotnie, a w dwóch ostatnich latach na pewno było odwrotnie. Polska była jednym z najmocniejszych rynków świata. Geograficzne rozproszenie inwestycji zmniejsza raczej zmienność, czyli ryzyko, chociaż z tym też bywa różnie, bo ostatnio rynki "chodzą" w zasadzie równolegle. Dziesięć lat temu tak nie było. Przede wszystkim wtedy kursy akcji zachowywały się odwrotnie niż ceny surowców. W ostatnich latach poruszają się w jedną stronę.
Jaki był największy sukces inwestycyjny TFI Opera?
Jeszcze przed nami, mam nadzieję. Największym sukcesem inwestycyjnym tego roku było całkowite wyjście z "budowlanki" na przełomie roku. Sprzedaliśmy wszystkie spółki z tej branży i to co do akcji.
A strata?
Prima Charter. To inwestycja, z której wyszliśmy ze sporą stratą. Może w liczbach bezwzględnych nie była to duża kwota, bo inwestycja była niewielka, ale procentowo strata była olbrzymia.
Czy inni zarządzający patrzą na wasze ruchy?
Nie sądzę. Jesteśmy za mali. Mamy około 1 proc. aktywów wszystkich TFI, dodatkowo sporą część aktywów trzymamy za granicą, więc jesteśmy mikroskopijni i nikomu nie wadzimy.
Jak duży macie wpływ na zarządzanie spółek, które kupujecie?
Generalnie zgadzam się z tradycyjną dewizą, że w inwestycjach powinno się mieć albo płynność, albo kontrolę. Jeżeli więc kupujemy spółki płynne, z których możemy wyjść w ciągu dwóch dni, tygodnia, to wiadomo, że najprostszym sposobem głosowania jest głosowanie nogami. Czyli jak się coś nie podoba - to się sprzedaje akcje.
W przypadku, gdy nie ma takiej możliwości - private equity lub niepłynne papiery notowane - bliżej przyglądamy się finansom. Tak jest właśnie z Pagedem, który dostaliśmy aportem od Edwarda Mzyka. Oczywiste jest, że trzeba takiej spółce pomagać i kontrolować ją pod względem finansowym. Na pewno nie pod względem operacyjnym, bo na tym się nie znamy. Na świecie jest specjalizacja i trzeba się do niej przekonać. Nikt sobie sam nie wyrywa zębów ani nie naprawia samochodów.
Jak zarządzać ryzykiem?
Ryzykiem można zarządzać poprzez dywersyfikację aktywów, choć - jak powiedziałem wcześniej - też nie do końca, bo globalna korelacja jest bardzo wysoka. Jest kilka prawd, które generalnie się sprawdzają, jak choćby ta, że gdy wszyscy twierdzą, że będzie rosło, to będzie spadało. Mój kolega mówił, że do zarządzania aktywami inteligencja nie jest zbytnio potrzebna, a nawet przeszkadza. To stwierdzenie mi się strasznie podoba, coś w tym jest. To, co jest naprawdę ważne, to charakter - żeby w momentach przełomowych na rynku działać wbrew powszechnej opinii.
Czy to odpowiedź na pytanie o cechy dobrego zarządzającego?
Tak, kluczowe są charakter i odwaga działania wbrew presji środowiska. To musi mieć zarządzający. To, co jest istotne, to fakt, że rynek jest hermetyczny i bardzo, bardzo mały. Zarządzający się znają i ze sobą rozmawiają. Bardzo widoczne jest to w OFE, bo one zachowują się zupełnie jak jedno stado. A przecież człowiek sam siebie nie prześcignie ani sam siebie za włosy nie podniesie, a ja w szczególności. Więc szukam zarządzających, którzy nie pracowali w funduszach. Ci, którzy tam byli, niestety, patrzą na świat przez pryzmat benchmarku i to w absurdalnie krótkim terminie. I płaczą, że danego dnia indeks wzrósł o 0,5 proc., a ich fundusz o 0,3 proc., i dlaczego tak się stało. A kogo to obchodzi!? Ja chcę zarządzać naszym biznesem przez 20-30 lat. Wyniki inwestycyjne interesują mnie w horyzoncie co najmniej rocznym.
W którą stronę będzie ewoluował nasz rynek TFI?
Nasz rynek jest całkiem dojrzały. Uważam, że udział towarzystw takich jak TFI Opera, czyli niezwiązanych z bankami, będzie się zwiększał. To jest uzasadnione ekonomicznie z kilku powodów.
W wielkiej instytucji 2/3 pary idzie w gwizdek. Raz, że są to olbrzymie machiny nastawione na trawienie własnego czasu na przeróżne komitety, rady, raportowanie góra-dół. A dwa, że jak byśmy tego eufemistycznie nie nazwali, to wielkie instytucje nie zawsze działają w interesie klienta. Jak otwierałem Operę i poszedłem do domu maklerskiego negocjować prowizję, to otrzymałem ją na poziomie 0,18 proc. Fundusz, który był od nas 10 razy większy, a należał do tego samego banku, co dom maklerski, płacił 0,28 proc. Dlaczego? Przecież nie dlatego, że źle negocjował, tylko dlatego, że w interesie grupy finansowej jako całości jest to, żeby każdą złotówkę, która trafia do funduszu, z każdej możliwej strony oskubywać. Za prowizje maklerskie zapłaci się nierynkową stawkę, kredyt i depozyt dostanie zawsze na ciut gorszych warunkach niż na rynku. Można nazwać to cross-sellingiem, a można i inaczej.
Dlatego to chyba nie przypadek, że na najbardziej konkurencyjnych rynkach anglosaskich udział indywidualnych zarządzających jest duży. Myślę, że u nas też będzie rósł.
Dziękuję za rozmowę
fot. a. cynka
Maciej Kwiatkowski
prezes i współwłaściciel TFI Opera
Lat 38. Studiował informatykę na Politechnice Warszawskiej. Jak to się stało, że został doradcą inwestycyjnym?
Podczas gry w bilard kolega wspomniał o kursie maklerskim. Bardzo mu się ten pomysł spodobał, tym bardziej że w jego ocenie studia informatyczne były... nudne. Egzamin maklerski zdał na początku 1993 r., uzyskując najlepszy wynik w kraju. Osiągnięcie to nie miało jednak znaczenia dla potencjalnych pracodawców. Na próżno chodził po biurach maklerskich, szukając zatrudnienia. Miał po prostu pecha - wtedy akurat nikt nie szukał maklerów. W końcu zatrudnił się w biurze maklerskim Kredyt Banku za 300 zł miesięcznie. Postawił jednak firmie warunek - opłaci jego kurs na doradcę inwestycyjnego. Po egzaminie czuł niesmak, że był zbyt łatwy. Jak się okazało, nie dla wszystkich. Egzamin zdały tylko dwie osoby, a Maciejowi Kwiatkowskiemu przypadła licencja nr 1. W latach 1994-2000 był związany z grupą CA IB (d. Creditanstalt) - stworzył, a następnie kierował pierwszą na naszym rynku działalnością w zakresie zarządzania aktywami w Polsce. W roku 2000 przeszedł praktycznie z całym swoim zespołem do BRE. Był współzałożycielem, udziałowcem i prezesem BRE Asset Management (później Skarbiec).
Z BRE rozstał się w 2002 roku, podpisując 2-letnią umowę o zakazie konkurencji, zgodnie z którą nie mógł przez kolejne dwa lata pracować w branży. W jej trakcie wraz z kolegami prowadził własną działalność w zakresie doradztwa gospodarczego. W roku 2004 razem ze starymi współpracownikami założył OPERA TFI - pierwsze i aktualnie największe prywatne TFI. Obecnie kieruje oraz jest większościowym akcjonariuszem grupy OPERA, w skład której wchodzą OPERA TFI, dom maklerski oraz spółka zarządzająca portfelami. W październiku 2007 r. został uhonorowany tytułem "Osobowość Roku Rynku Kapitałowo-Finansowego 2007? za całokształt osiągnięć na rynku finansowym w Polsce.
W grudniu
będzie dobrze
Odpowiedź na pytanie, co czeka warszawską giełdę w krótkim terminie, brzmi: będzie raczej dobrze. Do końca grudnia będziemy jeszcze świadkami ewidentnych wzrostów cen akcji. Przyczyni się do tego głównie tzw. window dressing. Wszystko przecież zależy od tego, jaki jest stosunek pieniędzy w rękach inwestorów instytucjonalnych do płynności rynku. A jak jest na GPW, wszyscy wiedzą. Można również oczekiwać, że dobra passa będzie kontynuowana po Nowym Roku. Styczeń jest statystycznie "najmocniejszym? miesiącem naszej giełdy. Wtedy to fundusze inwestycyjne i emerytalne dokonują przetasowań w portfelach i dochodzi do alokacji nowego kapitału. Co w tym czasie może stanowić zagrożenie dla takiego scenariusza? Niebezpieczne może okazać się dotkliwe przeniesienie skutków amerykańskiego kryzysu na rynku ryzykownych kredytów na wyniki spółek. Prawdopodobieństwo takiego rozwoju wydarzeń wydaje się jednak mało realne. I to nie ze względu na działania amerykańskiego banku centralnego. Nie mają bowiem one tak naprawdę większego znaczenia, bo wpływają w niewielkim stopniu na rzeczywiste stopy rynkowe. Pozostaje oczywiście pytanie, w jakiej mierze te zawirowania kredytowe znajdują się już w cenach akcji. Warto zwrócić uwagę, że mimo kryzysu większość indeksów znajduje się w okolicach swoich maksimów. Rynki najzwyczajniej nie chcą spadać. A jak nie chcą spadać, to zwykle rosną.