Do sesji ze świątecznego okresu zazwyczaj najlepiej pasuje stwierdzenie, że cokolwiek podczas nich by się stało, nie mają szans być przełomowe. Jest tak ze względu na ograniczoną aktywność inwestorów w ich trakcie. Tak też było podczas zwyżki w Wigilię na rynkach USA, gdzie obroty wyniosły mniej więcej jedną trzecią tego, co dzień wcześniej. Podobnie było na sesji ze środy. Dlatego więc nie można tym zdarzeniom przypisywać zbyt istotnego znaczenia. Tym bardziej że nie zmieniły układu sił na rynku amerykańskim. S&P 500 tkwi w trendzie bocznym, a to, że od pewnego czasu jest nieustannie w defensywie, świadczy przebieg
6-miesięcznej zmiany indeksu. Od ponad półtora miesiąca nie udało się jej wyjść na plus. W trakcie obecnej od wiosny 2003 r. hossy tak słabo sytuacja w tym względzie prezentowała się tylko raz - w drugiej połowie 2004 r. Wtedy przez cztery miesiące prawie wszyscy kupujący akcje w pierwszej połowie 2004 r. i trzymający je przez
6 miesięcy nie byli w stanie na nich zarobić. Ten przykład ma pozytywne zabarwienie. Mimo przesilenia na giełdzie i słabszych stóp zwrotu hossa była potem kontynuowana. Nawet jeśli przyjąć tę analogię za realną, to i tak oznacza, że przynajmniej jeszcze przez kilka tygodni nie ma co liczyć na pokaźne zyski. Optymizm byków wspomagany nadziejami na pojawienie się efektu stycznia powinny skutecznie hamować obawy przed tym, co przyniesie sezon wyników za IV kwartał. Takie informacje, jak środowa o możliwości spadku grudniowej sprzedaży w sieci sklepów Target w porównaniu z sytuacją sprzed roku, nie nastrajają pozytywnie. Wciąż niepokoi również to, co dzieje się na rynku obligacji. Zachowanie 10-latek z ostatnich dni wskazuje na duże prawdopodobieństwo kontynuacji ruchu w górę przez ich rentowność. W najbliższych dniach powinniśmy być świadkami testowania bariery 4,3 proc., związanej z dołkiem z pierwszej połowy września. Jej przekroczenie mogłoby wzmocnić zwyżkę rentowności i negatywnie oddziaływać na indeksy giełdowe.
PARKIET