Amerykanie kupują koniunkturę

W odczuciu milionów inwestorów giełdowych na całym świecie ich pomyślność w znacznym stopniu jest uzależniona od koniunktury na Wall Street. Kondycja ekonomiczna Stanów Zjednoczonych i wielu innych państw uzależniona jest z kolei od poziomu wydatków konsumpcyjnych przeciętnego Amerykanina.Powściągliwość w tej mierze, w opinii wielu ekonomistów, może stworzyć problemy dla dynamicznie rozwijającej się w ostatnich latach, m.in. dzięki boomowi konsumpcyjnemu, gospodarki USA oraz dla świata.A więc także i w naszym interesie leży, aby Amerykanie jak najdłużej wydawali jak najwięcej pieniędzy. Barry Riley, publicysta "The Financial Timesa", nazywa ich konsumentami ostatniej szansy.Problem w tym, że to szaleństwo nie może trwać w nieskończoność. Analitycy wskazują na coraz niższy poziom oszczędności amerykańskich gospodarstw domowych. W ubiegłym roku przez dwa miesiące był on nawet ujemny.Tego zjawiska nie notowano od czasów wielkiego kryzysu z końca lat 20. Jednak wówczas konta opróżniano z konieczności, natomiast obecnie Stany Zjednoczone przeżywają okres dobrej koniunktury, a spadkowi oszczędności towarzyszy wzrost zamożności. Jest to związane ze wzrostem wartości aktywów, wśród nich zwłaszcza akcji. Wskazuje to na silną zależność koniunktury gospodarczej od Wall Street.W nowy rok giełda nowojorska weszła na wyjątkowo wysokim poziomie, co niepokoiło wielu analityków obawiających się konsekwencji ewentualnego gwałtownego przekłucia tej "bańki mydlanej". Środowa sesja dowiodła, że możliwości wzrostu kursów nie zostały wyczerpane.Wspomniany Barry Riley twierdzi, że w tym roku nastąpi spadek zysków korporacji brytyjskich i amerykańskich, zastanawia się, czy będzie to tylko przejściowy okres słabszej koniunktury, czy też początek dłuższego cyklu.Jego zdaniem, klasyczny cykl kończy się przegrzaniem gospodarki i wysokimi stopami procentowymi. Zwiększenie oprocentowania jest w takich okolicznościach konieczne dla ograniczenia popytu przewyższającego podaż.Obecna sytuacja jest inna, mamy bowiem do czynienia z nadmierną podażą i powrót dobrej koniunktury może okazać się znacznie wolniejszy niż w klasycznym przypadku.Riley uważa, że mimo wszystko w tym roku Wall Street może uniknąć załamania, ale jest przekonany, że będzie to okres dużej zmienności sytuacji na giełdach.Gdyby doszło do 20-proc. spadku cen akcji amerykańskich korporacji, konsumpcja mogłaby zmniejszyć się o 0,7%, a w jeszcze większym stopniu odbiłoby się to na poziomie inwestycji. Dynamika produktu krajowego brutto obniżyłaby się w granicach 1 pkt. proc. Czterdziestoprocentowy spadek kursów, według wszelkiego prawdopodobieństwa, oznaczałby recesję gospodarki amerykańskiej.Na Wall Street może zdarzyć się wszystko i to niekoniecznie z racjonalnych powodów. Na razie gospodarka USA jest w dobrej kondycji, a skala przedświątecznych zakupów świadczy o utrzymującej się gorączce konsumpcyjnej. Jednak sondaże opinii publicznej wskazują na rosnącą ostrożność konsumentów. Oby z tą ostrożnością nie przesadzili.

ANDRZEJ TUSZYŃSKI