Ostatnie tygodnie przyniosły rozstrzygnięcie w długoletnim sporze o to, która metoda pozwala precyzyjniej prognozować zachowanie się giełdy - analiza techniczna czy fundamentalna. Klęskę poniosły obie.Fundamentalne wyniki spółek notowanych na WGPW są słabe. Większość z nich dokonała w ub.r. (czasami wielokrotnie) korekty zysku w dół i nic nie wskazuje na to, by rok bieżący miał być pomyślniejszy, tym bardziej że wolniej poruszająca się gospodarka nie pomoże spółkom generować wyższych zysków.W pierwszych dniach stycznia kilka instytutów badawczych skorygowało tempo wzrostu polskiej gospodarki - oczywiście w dół. Tymczasem, wbrew fundamentalnym wynikom spółek i makroekonomii, w styczniu zaczął się wzrost na giełdzie i WIG doszedł do 14,5 tys. punktów. Nie przewidzieli tego, rzecz jasna, specjaliści od analizy technicznej, bawiący się wykresami notowań. Wykresy przebiły wszystkie linie oporu i ostro poszły w górę. Analitycy śmiało mogli wróżyć po pierwszych dziesięciu dniach stycznia powrót hossy, porównywalnej z tą sprzed czterech lat. Ostatni tydzień przyniósł jednak same rozczarowania. Wykresy notowań nie chciały słuchać się analityków technicznych i z ostrego wzrostu zrobił się ostry spadek. Analitycy - jak zwykle - byli w stanie go wyjaśnić, ale po czasie.Huśtawka na giełdzie to, rzecz jasna, echo zjawisk zachodzących w światowych finansach. Okazało się, że warszawska giełda nie słucha zarówno specjalistów od analizy fundamentalnej, jak i technicznej, wsłuchuje się natomiast pilnie w to, co dzieje się na giełdach, wydawałoby się, egzotycznych - w Sao Paolo, Hongkongu czy Szanghaju, a także nowojorskiej, która jest barometrem światowej koniunktury. Najważniejsze jednak są sygnały świadczące o przepływach kapitałowych, z których skorzystać może - lub nie - polska gospodarka.Wzrosty, jakie następowały w pierwszej dekadzie stycznia, wynikały z napływu zagranicznego kapitału i sygnałów mówiących o tym, że strumień inwestycji portfelowych może być w tym roku większy niż w poprzednim. Choć niektóre spółki giełdowe są rachityczne, a tempo wzrostu całej gospodarki spada, napływ świeżego kapitału może wynieść warszawską giełdę na wyżyny. W pierwszych dniach stycznia były sygnały, że tak się właśnie dzieje. Zagraniczny kapitał najwyraźniej uznał, że Polska, mimo wielu słabości, na tle innych rynków wschodzących jest krajem stabilnym. W dodatku wydawało się, że najgorsza faza światowego kryzysu finansowego minęła i inwestowanie na rynkach wschodzących stanie się bezpieczniejsze.Dewaluacja reala, a następnie upłynnienie kursu brazylijskiej waluty pokazały, że na optymizm jest jeszcze za wcześnie. Stąd znaczne spadki na giełdach południowoamerykańskich oraz w tych krajach, których gospodarki są w tamtym regionie mocno zaangażowane, np. w Hiszpanii. Polska gospodarka ma z Ameryką Południową słabe więzi, a mimo to okazuje się bardziej wrażliwa na odległe wstrząsy niż ustabilizowana Europa Zachodnia. Świadczy to o płytkości naszego rynku, który reaguje na nawet niewielkie napływy lub odpływy kapitału zagranicznego. Analitykom proponowałbym zatem opracowanie modelu uwzględniającego korelację między WIG-iem a wskaźnikami Bovespa, Hang Seng i Dow Jones.Dobre lub złe wiadomości z Hongkongu i innych rynków dalekowschodnich po kilkunastu godzinach docierają na Wall Street, a następnego dnia odbijają się echem jest w Warszawie. Sytuację w Brazylii Wall Street obserwuje on-line. Co ciekawe, WGPW reaguje znacznie silniej na złe wiadomości, obniżając notowania akcji, niż na wiadomości dobre. Tymczasem rynki, za którymi podąża WIG, notują skoki zarówno w dół, jak i w górę. Przykładem są piątkowe notowania w Sao Paolo, gdzie wskaźnik Bovespa po początkowych spadkach wzrósł o 33%.W Warszawie coś takiego byłoby niemożliwe nie tylko z uwagi na narzucone widełki notowań, ale też z powodu nadzwyczajnej ostrożności i pesymizmu polskich inwestorów. Warszawska giełda rośnie wolniej niż inne rynki wschodzące, spada zaś szybciej niż rynki ustabilizowane. Ta konstatacja w niepewnych czasach pozwala lepiej przewidywać ruchy akcji niż analiza fundamentalna lub techniczna.

WITOLD GADOMSKI

publicysta "Gazety Wyborczej"