Gdyby nie śnieg leżący za oknem, patrząc na rynek można by zaryzykować stwierdzenie, że jesteśmy w trakcie sezonu urlopowego. Takie ciągnące się tygodniami niewielkie wahania do tej pory były specjalnością miesięcy letnich. Ten senny nastrój nie powinien jednak uśpić czujności inwestorów. Choć nie wiadomo, kiedy to nastąpi, to jednak daje się odczuć, że rynek zbiera siły do jakiegoś wielkiego ruchu. Brak przewagi po którejś ze stron rynku nie może być przy obecnej nerwowości zjawiskiem trwałym. Choć coraz słabsze są reakcje na wzrosty na rynku zachodnim, to wciąż bez wyraźnego impulsu klarującego sytuację nie warto decydować o otwieraniu pozycji. Rynek walutowy, na którym obserwowaliśmy osłabienie złotego, też jeszcze nie wykreował sygnałów o istotnym znaczeniu informacyjnym i obserwację jego zachowania uznałbym za trudny do zlekceważenia element prowadzenia inwestycji. Nie należy przy tym zbytnio liczyć na wzmocnienie złotego przez inwestorów bezpośrednich. Duże operacje zapewne przeprowadzone zostaną z pominięciem rynku i nie wpłyną na cenę złotego. Można zapytać, czy dalsze osłabienie się złotego skusi zagranicznych inwestorów średnioterminowych? Obiektywnie jest to mało prawdopodobne. Relatywnie słaby zarobek na naszych papierach skarbowych uzasadnia jedynie aktywność spekulacyjną.Ciekawym kontrastem dla nużącego obrazu rynku wtórnego jest ostatnio zachowanie rynku pierwotnego. Ładne przebicia, duże redukcje, obecność spółek o przyzwoitych perspektywach - chyba wkroczyliśmy w cyklu rynkowym w okres, gdy napływ chętnych na akcje nowych emisji staje się coraz wyraźniejszy. Dodatkowo ceny akcji często ustalane są na rozsądnym poziomie, co powoduje, że nieodparcie nasuwają się wspomnienia sytuacji sprzed kilku lat.
.