W pobliżu gospodarki

Informacje z piątkowej prasy - po zerwaniu rozmów związków rolniczych z rządem na drogach było około 90 blokad. Policja przywróciła ruch w 35 miejscach, z tego w ośmiu musiała zrobić to siłą. Prasa skupiła się na opisach blokad usuniętych siłą przez policję. Zapomniała jakby, że w niemal sześćdziesięciu miejscach rolnicy drogi zagrodzili i władza na to nie zareagowała lub tez robiła coś, ale nieskutecznie.Dziennikarze i komentatorzy chwalą - wprost lub pośrednio - wojewodę katowickiego Marka Kempskiego i wicepremiera Janusza Tomaszewskiego za zdecydowaną postawę. Ale wicepremier był najwyraźniej tylko częściowo zdecydowany, skoro większości blokad nie usuwano, a wojewoda jest tylko jednym z szesnastu urzędników tej rangi w Polsce. Co robiło pozostałych piętnastu? Media były więc niekonsekwentne, a sprawę pokazywały dokładnie tak, jakby sobie tego życzył główny sprawca blokad.Tego samego dnia dowiedzieliśmy się, że Kazimierz Świtoń, samozwańczy obrońca żwirowiska, został zatrzymany za umieszczenie na nim ładunku wybuchowego. Być może oznacza to koniec publicznej medialnej kariery tego pana, ale nie byłbym aż takim optymistą. Tak, jak nie mogę się doczekać końca lepperiady w mediach, tak nic nie wskazuje, że przestanie w nich straszyć Świtoń. Z nim jest taka sama sytuacja, jak była (i znowu może być) z innym niesławnej opinii prawdziwym katolikiem - księdzem Jankowskim od Świętej Brygidy. Media z lubością robiły mu klakę, pompując do obrzydliwości tę i tak już nieprzyzwoicie nadmuchaną figurę. I obawiam się, że wystarczy lada pretekst, żeby znowu ksiądz J. zagościł na najpoczytniejszych łamach.Pana Leppera zaprosiła niedawno do swego programu znakomita dziennikarka Monika Olejnik z mojej ulubionej "Trójki" i dała mu się rozjechać na miazgę, jakby była małym zajączkiem na drodze kombajnu Bizon. Po co jej to było, czy w ogóle musiała zaproszenie kierować akurat do tego pana? Proponuję samoograniczenie się mediów i prezentowanie panów Świtonia i Leppera tylko wtedy i tylko tyle, ile jest niezbędne z informacyjnego punktu widzenia. Proszę mi nie mówić, że chcę wprowadzić cenzurę, coś na kształt zapisu na konkretne nazwiska. Nie chodzi o całkowite pomijanie, a tylko o niepodbijanie im bębenka. Obaj panowie lubią być w mediach i sporo robią właśnie dlatego, aby w nich zaistnieć. Gdyby wiedzieli, że to się nie uda, sami z siebie staliby się cichsi i spokojniejsi. Z pożytkiem dla kraju.Proszę mi też nie mówić, że to nie wyjdzie, bo względy konkurencji, bo taka umowa jest niemożliwa do zawarcia i niewykonalna w praktyce. Są już precedensy. No, może jeden. Ale jest to dowód, że można inaczej.Czas jakiś temu szefowie największych mediów umówili się, że przestają dawać w nich czas i miejsce posłowi Karwowskiemu z jego atakami na premiera Jerzego Buzka. I to, proszę Państwa, działa. Jak ręką odjął, ani śladu pana K. na łamach i falach.Spytałem jednego z sygnatariuszy owego listu-apelu w sprawie niepublikowania niczego o donosach pana K., czy nie można by zawrzeć takiej umowy w sprawie pana L. I dowiedziałem się z osłupieniem, że nie, bo za nim stoi siła, czyli związek "Samoobrona". A mnie się wydawało, że liczyć się będzie nieetyczność postępowania, szkodliwość działania, nagminne łamanie prawa itp.Sądzę, że wiele osób ma taki sam odruch jak ja - gdy słyszy (lub widzi) jedno z czterech wymienionych powyżej nazwisk (panów L., J., K. i Ś.) - wyłącza radio, wychodzi pod byle pretekstem z pokoju z telewizorem, przewraca stronę gazety. Być może nawet jest nas większość - ludzi uważających, że dawanie tym osobom więcej miejsca w mediach, niż to jest absolutnie niezbędne z powodów informacyjnych, jest szkodliwe społecznie, politycznie i ekonomicznie. A także edukacyjnie i z paru innych powodów. Skoro tak, powiedzmy to głośno!

JAN BAZYL LIPSZYC