Z Mirosławem Gronickim z Centrum Analiz Społeczno - Ekonomicznych rozmawia Małgorzata Pokojska
Deficyt obrotów bieżących przekroczył w czerwcu miliard dolarów i jak wynika z wyliczeń Grzegorza Wójtowicza z Rady Polityki Pieniężnej, w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy sięgnął 5,9% PKB. Z kolei deficyt budżetowy zbliżył się w lipcu do poziomu zaplanowanego na koniec roku. Złoty zaczął słabnąć, co oznacza, że inwestorzy wycofują się z Polski. Czy grozi nam kryzys finansowy?Deficyt obrotów bieżących wynosi nawet więcej niż 5,9% PKB, ale nie jest to wystarczająco miarodajny wskaźnik. Zapowiedzią kryzysu byłby gwałtowny spadek rezerw walutowych. Rezerwy te wprawdzie w tym roku trochę się kurczyły, ale w lipcu znów odnotowano przyrost - o pół miliarda dolarów. Jeśli zaś chodzi o kondycję złotego, tendencja aprecjacyjna jest ciągle silna. Jest to efektem zwiększonych wpływów z prywatyzacji, ale także relatywnie wysokich stóp procentowych w Polsce.Ale Pan jest chyba zwolennikiem wysokich stóp procentowych? Krytykował Pan ostatnią redukcję stóp z początku roku.Jestem zwolennikiem stóp adekwatnych do sytuacji makroekonomicznej. Byłem przeciwny styczniowej redukcji, ponieważ w sytuacji ostrego szoku zewnętrznego (spadku eksportu) oraz potencjalnych napięć w budżecie (reformy emerytalna i zdrowotna) takich decyzji raczej się nie podejmuje. Ponadto uważałem, że niższe stopy obniżą skłonność do oszczędzania, a przedsiębiorstwa i tak będą się starały zaciągać kredyty krótkoterminowe za granicą, bo tam stopy są rzeczywiście dużo niższe. Przewidywania te, niestety, sprawdziły się. Jesteśmy świadkami eksplozji kredytów dla ludności - tylko w czerwcu w stosunku do maja nastąpił prawie 5-procentowy wzrost. Natomiast przedsiębiorstwa zadłużają się za granicą. Decyzja o redukcji stóp wydawała się tym mniej racjonalna, że zapowiadano również obniżenie poziomu rezerw obowiązkowych. A zatem planowano inne posunięcie, zachęcające banki do obniżki stóp.Obniżka rezerw nie zaowocuje szybko obniżką stóp, ponieważ banki zostały zmuszone do zakupu od NBP obligacji długookresowych, co oznacza również zamrożenie środków finansowych.Ale obligacje to jest zupełnie inny sposób zamrożenia środków niż rezerwy obowiązkowe. Tu jest oprocentowanie, tam pieniądze są lokowane na nie oprocentowanym koncie. Z racji zmniejszenia rezerw obowiązkowych banki szybciej niż nam się wydaje zaczną obniżać stopy. Zmusi je do tego coraz silniejsza konkurencja.Obecnie wielu ekonomistów nawołuje do podwyższenia stóp procentowych. Obawiają się, że za sprawą rosnącego deficytu budżetowego znów zacznie powiększać się inflacja. Czy nie uważa Pan, że nadszedł czas, by skorygować niesłuszną decyzję z początku roku, która doprowadziła do obniżenia stóp?Absolutnie nie. Uważam, że błędem byłoby obecnie podwyższanie stóp procentowych.Dlaczego?Podwyżka stóp oznaczałaby podrożenie kredytów, a właśnie zaczyna się ożywienie gospodarcze. Wielu firmom umknęłaby szansa na kredyt. Nie straciłyby jedynie te, które mają możliwości zdobycia środków za granicą, a więc duże i dobre przedsiębiorstwa. Ponadto wyższe stopy stanowiłyby jeszcze większą zachętę dla kapitału spekulacyjnego, który ma ogromną siłę destabilizacyjną - reaguje masową ucieczką na każdą niepomyślną wiadomość, pogłębiając niekorzystne zjawiska. Kapitał ten przyczynia się także do aprecjacji złotego, z czego są niezadowoleni eksporterzy. A od dynamiki eksportu zależy w dużym stopniu dynamika wzrostu PKB. Podwyższenie stóp w dwójnasób więc hamowałoby ożywcze tendencje w gospodarce.Co zatem Pan radzi?Pod żadnym pozorem nie ruszać stóp procentowych.A w kwestii polityki budżetowej?Proszę nie zmuszać mnie do mówienia banałów. Nikt nie ma wątpliwości, że wydatki budżetowe wymagają większej dyscypliny. To zadanie dla polityków, którzy - jak się wydaje - mają pewne trudności.Dziękuję za rozmowę.