Nagła słabość, jaka ogarnęła naszą walutę, spowodowała lekkie niedomaganie rynku, a w szczególności spółek o największej kapitalizacji. Czy inwestorzy zagraniczni nie reagują przesadnie? Na to pytanie nie ma prostej odpowiedzi, ale pojawiające się w prasie głosy, że rozpatrywanie tylko jednego czynnika makroekonomicznego to niedopuszczalne uproszczenie, skłaniają do komentarza. Przywołuje się w tych wypowiedziach wysublimowane modele banków inwestycyjnych, oparte na wielu zmiennych makroekonomicznych, mające ostrzec przed kryzysem. Zapomina się przy tym, że sprawdzają się one tylko w warunkach stabilnych. "The Economist", jakiś rok temu zajmował się skutecznością takich modeli do przewidywania kryzysów azjatyckich i otrzymane wyniki wskazywały, że opłata za ich wykorzystanie w większości przypadków była wyrzuceniem pieniędzy w błoto. Niestety, nasz rynek jest dla inwestorów zagranicznych czymś porównywalnym do pojedynczej spółki. Niech każdy sam odpowie, czy przeciętny inwestor poświęci czas na analizę inwestycji w niedużą spółkę z alarmująco wysokim wskaźnikiem bieżącego zadłużenia? Większość raczej nie będzie zadawać sobie trudu dociekania, z czego on wynika i poszuka mniej ryzykownej inwestycji. Paradoksalnie to krótkie osamotnienie może naszemu rynkowi wyjść na zdrowie. Gdy giełdy zagraniczne silnie spadają, my stoimy prawie w miejscu. Łatwo wyobrazić sobie, jak wyglądałby przy większym udziale krótkiego kapitału. A o tym, że z daleka nasz obraz nie jest aż tak ponury, świadczy podniesienie nam ratingów. I choć na pewno jest się czym martwić, to wciąż są powody by mieć akcje. Choćby ten, że gdy (co jest prawdopodobne) za parę miesięcy sytuacja się uspokoi, ktoś będzie musiał sprzedać akcje "powracającym z zagranicy".

.