W sierpniu wskaźnik PMI znalazł się najniżej od wiosny 2020 r. Ankietowane firmy raportowały gwałtowny spadek popytu na towary, wskutek czego cięły produkcję, a nawet zatrudnienie, zaspokajając popyt ze skumulowanych wcześniej zapasów. Czy ten opis sytuacji w przemyśle pasuje do tego, co widzą państwa w Mangacie?

Sygnałów z otoczenia rynkowego, że należy spodziewać się spowolnienia, jest wiele. PMI jednoznacznie wskazuje, że będzie gorzej. Aktualnie jednak w naszym holdingu nie obserwujemy niczego, co budziłoby nasz niepokój w perspektywie najbliższych miesięcy. Poziom naszych zamówień z polskiego rynku w minionym półroczu był bardzo wysoki. Aktualnie widzimy pewne spowolnienia napływu zamówień, niektóre są przesuwane w czasie. Ale wciąż mamy bardzo zapełnione portfele zamówień. Nie widzimy też, aby sytuacja na rynku pracy się rozluźniała. Wręcz przeciwnie, wciąż jest bardzo trudno o specjalistów.

Przez jakiś czas wydawało się, że firmy przemysłowe mają tak duże bufory niezrealizowanych zamówień, że nawet jeśli ich bieżący strumień nieco wyschnie, to produkcja i tak będzie rosła. W skali całego polskiego przetwórstwa ta teza okazała się błędna. W Mangacie jest inaczej?

My pracujemy z dość krótkimi terminami, tzn. nasze zamówienia są realizowane w ciągu maksymalnie kwartału, zamówienia z dłuższym terminem realizacji są mniej znaczące.

Obecne tendencje w zakresie zamówień gwarantują nam bezpieczeństwo funkcjonowania do końca bieżącego roku i zapewne w I kwartale 2023 r. W odniesieniu do dalszej przyszłości jestem bardziej ostrożny.

W Europie epicentrum spowolnienia – a raczej recesji – będą Niemcy. To dla Mangaty ważny rynek zbytu? Jak wpłynie to na sytuację firmy?

To jest najważniejszy dla nas rynek zewnętrzny. Cała UE odpowiada za około 50 proc. naszych obrotów, a Niemcy są tu głównym kierunkiem sprzedaży. Dotyczy to szczególnie elementów złącznych i armatury przemysłowej, ale realizujemy tam również szereg kontraktów z działu automotive. PMI w przemyśle Niemiec też spadł poniżej 50 pkt, co każe spodziewać się spowolnienia. Ja jednak nie mam przekonania, że to spowolnienie będzie drastyczne. Poprzednio tak negatywne sygnały nie znajdowały odzwierciedlenia w rzeczywistości. A sama Mangata jest w o tyle dobrej sytuacji, że pracujemy bezpośrednio z dystrybutorami, których działalność ma charakter globalny. To oznacza, że sprzedaż w kierunku zachodnim tak naprawdę jest częścią sprzedaży na rynek światowy. To sprawiało, że w poprzednich okresach dekoniunktury w europejskim przemyśle nie obserwowaliśmy tak głębokich spadków obrotów, jak np. w automotive. Dywersyfikacja branżowa i geograficzna oraz praca z dystrybutorami powodują, że kolejne epizody kryzysowe przechodzimy łagodnie.

Spowolnienie w europejskim przemyśle to w dużej mierze efekt wzrostu cen energii i gazu oraz obaw, że to zjawisko będzie się utrzymywało. Jak dużym problemem dla Mangaty jest wzrost tych cen?

Oczywiście, nasza produkcja jest dość energochłonna. Zużywamy około 75 GW energii rocznie. Przy średniej cenie energii w okolicy 1000 zł za MWh jej koszt wyniósłby około 75 mln zł. Cena energii ma więc kolosalne znaczenie dla naszych wyników. Podejmujemy jednak sporo działań, które pozwolą zmniejszyć rachunki za energię – robiliśmy to zresztą także wcześniej, przed tym drastycznym wzrostem cen. Przeprowadziliśmy szereg audytów energetycznych i przygotowujemy kilka projektów inwestycyjnych w zakresie energii ze źródeł odnawialnych jak i optymalizacji zużycia energii. Wymieniamy urządzenia na bardziej nowoczesne, chcemy też skorzystać z fotowoltaiki.

W minionym półroczu Mangata zdołała zwiększyć zysk netto o ponad 60 proc. rok do roku, przy wzroście przychodów o blisko 43 proc. Jak to było możliwe przy takim wzroście kosztów, m.in. energii? Czy biorąc pod uwagę otoczenie, taka dynamika zysków jest możliwa do utrzymania?

W minionym półroczu osiągnęliśmy rekordowe wyniki, mieliśmy ponad 530 mln zł obrotów. W horyzoncie całego roku obroty sięgną pewnie 1 mld zł. Na to, że pomimo wzrostu kosztów nie tylko energii, ale też stali i wynagrodzeń udało się nam utrzymać wskaźniki rentowności, wpływ miało kilka czynników.

Po pierwsze, wiele naszych kontraktów dotyczących wyrobów stalowych jest indeksowanych ceną stali. Także wzrost innych kosztów udawało się nam w dużej mierze przenosić na rynek.

Po drugie, jak wspomniałem, mieliśmy i mamy rekordowe portfele zamówień. Dzięki temu bardzo mocno wypełniliśmy nasze zdolności produkcyjne.

Czy możliwość przerzucania rosnących kosztów na ceny własnych produktów wciąż się utrzymuje?

Przyznaję, że w kolejnych kwartałach sytuacja pod tym względem może być trudniejsza. Rynek nie jest w stanie zaakceptować każdej zmiany cen. Otrzymujemy od naszych klientów sygnały, że bariera cen zaczyna się budować. Bierzemy to pod uwagę. Ale wzrost naszych przychodów w I półroczu nie był tylko skutkiem podwyżek cen. Odnotowaliśmy też większy wolumen sprzedaży przy nieco zmienionym miksie produktów. Wzrost sięgał 10–15 proc.