Nowa rzeczywistość gospodarcza i geopolityczna, z jaką mamy do czynienia w 2022 roku, jest dobrą okazją do zrewidowania przez firmy giełdowe strategii inwestycyjnych, a szczególnie dywidendowych. Powód? Czy się to komuś podoba czy nie, trzeba dostosować się do realiów kilkunastoprocentowej inflacji, która zostanie z nami na dłużej i silnego spowolnienia PKB, które być może otrze się o recesję. Tymczasem wiele firm ma nadal dobre lub bardzo dobre wyniki finansowe, a także rezerwuary gotówki zachomikowanej w czasie pandemicznej niepewności, kiedy niektóre „na wszelki wypadek" nie płaciły dywidendy i nie inwestowały. Pytanie za milion dolarów brzmi: co zrobić z taką górą pieniędzy?

Maksymalne podzielenie się kasą z akcjonariuszami jest najbardziej rozsądnym wyjściem. I to z kilku ważnych powodów. Oczywiście nie chodzi o to, aby zupełnie ogołocić firmę, bo trzeba wziąć poprawkę na jej potrzeby operacyjne i być może spłatę zadłużenia np. z obligacji w sytuacji rosnących stóp procentowych. Ale można zaryzykować pogląd, że nadmiar gotówki powinien być takim samym zmartwieniem dla CFO, jak kiedyś jej brak. Oczywiście, to wszystko nie dotyczy spółek kontrolowanych przez państwo, bo będąc na politycznym postronku, podporządkowane są nawet najbardziej dziwacznym gospodarczo, ale oczywiście politycznie słusznym, pomysłom państwowego właściciela, a akcjonariusze mniejszościowi mogą się głównie przyglądać decyzjom walnych zgromadzeń.

Po pierwsze, zyskowne firmy powinny zwrócić uwagę na swoje aktualne notowania, które rzucają nowe światło na wartość zatrzymywanej gotówki, nie tylko z zysku za ostatni rok obrachunkowy, ale także z lat ubiegłych. Najsłynniejszy prywatny inwestor świata Warren Buffett przekonywał kiedyś akcjonariuszy, że jeśli cena do wartości księgowej (P/BV) jest niższa od dolara, to zysk powinien być im wypłacony, bo inaczej to działanie de facto na szkodę właścicieli. Powód? Pozostawienie choćby jednego zbędnego dolara z zysku w kasie firmy, która ma wskaźnik P/BV np. 0,5, oznacza ni mniej, ni więcej, że w jednym momencie z dolara robi się półdolarówka. Przekładając na nasze obecne realia, jest to o tyle ważne, że indeksy na warszawskiej giełdzie ostro poleciały w dół, zatem wyceny wielu spółek i wskaźniki P/BV się skurczyły. W tej sytuacji akcjonariusze nie powinni mieć wątpliwości, co zrobić z zyskiem, aby umownie złotówka pozostawiona na kontach nie zamieniła się w pięćdziesięciogroszówkę. Stąd rozsądnym postulatem jest presja na walnych zgromadzeniach, aby zysk nawet w całości wypłacać.

Po drugie, aż kilkunastoprocentowa inflacja powinna być bodźcem do natychmiastowych wypłat w formie dywidend zaliczkowych, jeśli pozwalają na to finanse firmy, bez czekania na zamknięcie roku. Bo chyba każdy akcjonariusz zna popularną zasadę: „złotówka dziś jest warta więcej niż złotówka jutro". Szczególnie przy inflacji 13,9 proc., a za chwilę – wiele na to wskazuje – jeszcze wyższej. Tak samo powinno być to motywacją do przechodzenia przez spółki na wypłaty mało u nas jeszcze popularnych dywidend kwartalnych lub półrocznych, które niestety są dość kosztowne operacyjnie i organizacyjnie dla samych firm, ale m.in. ze wspomnianych wyżej powodów szybkiej utraty wartości pieniądza o wiele bardziej korzystniejsze dla akcjonariuszy. Wreszcie pozostaje praktykowany u nas dość powszechnie skup własnych akcji. To pewien rodzaj ukrytej dywidendy, krytykowany przez część inwestorów, jednak który w okresie spadkowym na rynku, a z takim mamy obecnie do czynienia, pomaga także hamować przecenę akcji, a przynajmniej stabilizować notowania. Każda z tych form podzielenia się gotówką z akcjonariuszami ma swoje zalety, i to od samych zainteresowanych zależy, na co się zdecydują.

Po trzecie, spółki stają przed arcytrudnym, jeśli wręcz niemożliwym wyzwaniem, jakim jest zapewnienie akcjonariuszom stopy zwrotu z dywidendy wyższej niż z alternatywnych inwestycji, np. w obligacje. Nie mówimy już o prześcignięciu inflacji, bo trudno sobie wyobrazić stopy dywidendy rzędu np. 15 proc., ale przebiciu tzw. stóp wolnych od ryzyka. A z tym może być kolosalny problem ze względu na ostrą przecenę obligacji gwarantowanych przez rząd, która sprawia, że na rynku pojawiają się takie okazje, że można zabezpieczyć sobie stopę zwrotu wolną od ryzyka na poziomie 6 proc., 7 proc., a może i 8 proc. Jak w takiej sytuacji, przy słabnącej gospodarce, wykręcić tak potężne zyski, aby dać wyższy zwrot, i warto dodać – obciążony ryzykiem? Inwestorzy dopiero zaczynają się dostosowywać do wysokiej inflacji i skutków przeceny obligacji, ale można założyć, że ich wnioski wcale nie będą przemawiać za trzymaniem ryzykownych akcji, kiedy będą mieć pod ręką obligacyjne okazje.

Po czwarte, spółki powinny wyjść z tradycyjnego chomikowania pieniędzy na mniej lub bardziej prawdopodobne inwestycje. To trik zarządów i CFO stary jak świat, polegający na usilnym przekonywaniu akcjonariuszy, aby nie pozbywać się gotówki. Sęk w tym, że obecnie często trudno mówić o sensie organicznych inwestycji, skoro mamy za progiem silne spowolnienie gospodarki, a nawet recesję, a może i niebezpieczną stagflację. Obecnie, kto może, raczej kończy inwestycje i żarliwie modli się, aby był na niej zwrot przewidywany jeszcze w tłustych czasach, niż rozkręca nowe. Mocnym usprawiedliwieniem wysokiej pozycji gotówkowej w firmie może być chęć przejęcia konkurenta po superatrakcyjnej cenie. W sytuacji gdy koszt kapitału obcego, który standardowo służy takim operacjom, poszedł ostro w górę, własne zasoby mogą okazać się ważne. Tyle że takich „złotych okazji" raczej jest niewiele, a dość łatwo przepłacić i mieć problem na lata, co jest też bólem głowy akcjonariuszy.

Po piąte, warto zwrócić także uwagę na zagrożenie dla spółki wynikające z jednej strony z nadmiaru gotówki, a z drugiej – niskiej wyceny. Może to wręcz prowokować do jej spekulacyjnego przejęcia tylko po to, aby wypompować kasę z firmy. Bajki? W historii naszej giełdy takie przypadki już się zdarzały w spółkach o rozproszonym akcjonariacie, więc zarządy wcale nie powinny spokojnie spać na walizkach gotówki. Co więcej, zdarzały się przypadki, gdy 100 proc. spółki było warte mniej niż żywa gotówka na koncie. Trudno o lepsze zaproszenie dla sępich graczy, aby przejąć firmę.

Podsumowując, nadmiar gotówki dla spółek stał się balastem, z którym akcjonariusze powinni coś zrobić. Z jednej strony następuje w zatrważającym tempie spadek realnej wartości tych środków, nawet jeśli są oprocentowane np. na lokatach, z drugiej nie mamy przed sobą okresu boomu gospodarczego, a wręcz przeciwnie. Zatem potencjalne inwestycje, jeśli w ogóle są planowane, to raczej odtworzeniowe lub na niewielką skalę. Dlatego w tym wyścigu o wartość pieniądza w kasach najwięcej powinni mieć do powiedzenia właśnie akcjonariusze. Warto podkreślić, że nie chodzi o żadne „dojenie" spółek, ale rozsądne zagospodarowanie gotówki. A zarządy nie zawsze wiedzą, jak to zrobić. Więc lepiej ten problem pozostawić akcjonariuszom.