REKLAMA
REKLAMA

25 lat Parkietu

„Parkiet” świadkiem hoss, kryzysów i afer

W ciągu ostatnich 25 lat było mnóstwo tematów, które zapełniały kolumny gazety. Przypominamy najważniejsze wydarzenia, którymi emocjonowali się inwestorzy.
Foto: parkiet.com

Debiut „Parkietu" zbiegł się w czasie z końcówką pierwszej hossy na warszawskiej giełdzie. Dobra koniunktura trwała od wiosny 1993 r. Apogeum giełdowej gorączki była sprzedaż akcji prywatyzowanego Banku Śląskiego na początku 1994 r. Podczas debiutanckiej sesji akcje dały 13-krotną przebitkę ceny emisyjnej. Jednak mało kto mógł wtedy sprzedać akcje po tak korzystnej cenie, bo system rejestracji papierów na rachunkach maklerskich okazał się mało wydajny. Szybko się okazało, że na pierwszych rekordowych sesjach akcje zbyć mogli niemal wyłącznie pracownicy Śląskiego. Komisja Papierów Wartościowych odebrała Śląskiemu licencję na prowadzenie biura maklerskiego, a prokuratura rozpoczęła dochodzenie, czy władze banku nie dopuściły się manipulacji kursem Śląskiego na giełdzie. Była to jedna z pierwszych afer, które pojawiły się na łamach gazety.

Pierwsze numery „Parkietu", które trafiły do inwestorów, najwięcej miejsca poświęcały trwającej hossie, informując o kolejnych szczytach ustanawianych przez WIG. Euforia, jaka wówczas ogarnęła masy Polaków inwestujących swoje oszczędności na giełdzie, ustąpiła szybko miejsca zbiorowej rozpaczy. Nastąpił największy w historii polskiej giełdy krach i na warszawski parkiet zawitała pierwsza bessa. Dramat drobnych akcjonariuszy najlepiej podsumował ówczesny naczelny gazety Krzysztof Szwedzik w komentarzu po jednej ze spadkowych sesji: „Wielu z nich zainwestowało na giełdzie oszczędności swego życia i nie podejrzewam, by jeszcze raz dali się komukolwiek namówić na zakup akcji". Słowa okazały się prorocze, bo przez kilka następnych lat POK-i i sale dogrywek, gdzie do tej pory tłumnie gromadzili się drobni inwestorzy śledzący na bieżąco notowania, świeciły pustkami.

Foto: Fotorzepa, Franek Mazur

Rewolucje na GPW

Początek pierwszej bessy zbiegł się z narodzinami najbardziej rozpoznawalnego indeksu warszawskiej giełdy – WIG20. Warto przypomnieć, że gdy w połowie kwietnia 1994 r. rozpoczynano jego publikację, giełda funkcjonowała w zupełnie innej rzeczywistości niż obecnie. Sesja odbywała się trzy razy w tygodniu. Inwestorzy mieli do wyboru akcje jedynie 24 firm (dziś notowane są 462 spółki). Wówczas kapitalizacja giełdy wynosiła zaledwie 8 mld zł w porównaniu z prawie 1,2 bln zł obecnie. Przez lata aż do 2002 r. kluczową rolę w WIG20 odgrywał Elektrim, który cieszył się wyjątkową popularnością wśród inwestorów giełdowych. Zyskał dzięki temu miano cesarza spekulacji na warszawskiej giełdzie. Spółka słynęła z ogromnej zmienności notowań. Gwałtowne ruchy cen powodowały, że inwestorzy chętnie widzieli jego akcje w swoich portfelach. Elektrim pozwalał zarobić inwestorom krocie, ale potrafił też rujnować portfele giełdowych spekulantów. Spółka została jednym z głównych negatywnych bohaterów bessy z lat 2000–2002. Wówczas wartość rynkowa Elektrimu mocno spadła, a sama giełda przestała uwzględniać go w rankingu, m.in. z powodu zagrożenia upadłością, co w końcu nastąpiło w kolejnych latach. Elektrim ostatni raz figurował w składzie WIG20 we wrześniu 2002 r., a na początku 2008 spółka ostatecznie zniknęła z giełdy.

W 2000 r. na warszawskiej giełdzie miała miejsce inna technologiczna rewolucja. Biura w byłej siedzibie Komitetu Centralnego PZPR przy Nowym Świecie, które trzeba było dzielić z innymi najemcami, udało się zamienić na nowoczesny budynek przy Książęcej. Ale prawdziwym skokiem w nowoczesność było uruchomienie w tym samym roku Warsetu, nowego systemu informatycznego giełdy. Mimo niewielkich kłopotów z liczeniem indeksów podczas pierwszej sesji „Parkiet" mógł dumnie ogłosić na pierwszej stronie obok zdjęcia uśmiechniętego ówczesnego prezesa giełdy Wiesława Rozłuckiego: „Warset naprawdę działa". W momencie uruchomienia Warset był jednym z najnowocześniejszych systemów tego typu na świecie, by w 2013 r. zostać zastąpionym przez system transakcyjny UTP.

Afery na tapecie

Funkcjonowanie giełdy nie mogło się obyć bez skandali, których kulisy raz na jakiś czas zapełniały kolumny gazety. Bardzo szerokim echem odbiła się w środowisku inwestorów tzw. afera 100 sekund. 4 lutego 2004 r. na rynku kontraktów terminowych na indeks WIG20 doszło do niecodziennych wahań, wywołanych przez dwa potężne zlecenia złożone przez pracownika jednego z domów maklerskich. Już drugiego dnia w „Parkiecie" można było przeczytać, że całe zdarzenie to zwykły przekręt. Szybko wyszło na jaw, że było ustawione przez dwóch inwestorów, którzy dopuścili się manipulacji kursem. Niecałe dwa miesiące później główni bohaterowie afery usłyszeli prokuratorskie zarzuty, ale mimo upływu lat sprawa, która wstrząsnęła środowiskiem inwestorów giełdowych, nie doczekała się finału w sądzie. Pocieszeniem może być fakt, że giełda wyciągnęła wnioski z tamtej historii i niedługo po tym zdarzeniu zmniejszyła ograniczenie wahań kursów na rynku kontraktów z 10 do 5 proc. na sesji giełdowej (tzw. widełki statyczne). W 2006 r. GPW wprowadziła dodatkowe zabezpieczenie w postaci tzw. widełek dynamicznych, które mają chronić inwestorów przed zbyt gwałtownymi zmianami cen.

Foto: GG Parkiet

Jedną z głośniejszych afer była sprawa GetBacku, która wstrząsnęła rynkiem w 2018 r., gdy wyszły na jaw kłopoty finansowe spółki. Druga największa firma skupująca wierzytelności została bez pieniędzy i znalazła się na skraju bankructwa, co było szokiem dla inwestorów i jej klientów. Tym bardziej że pojawiły się podejrzenia, iż firma nierzetelnie informowała rynek o swojej sytuacji finansowej. Jednocześnie okazało się, że przy sprzedaży obligacji osobom fizycznym mogło dochodzić do nadużyć, o czym „Parkiet" informował jako pierwszy, grzmiąc na jednej z okładek o „długu GetBacku u tysięcy Kowalskich". Sprawą zajęła się prokuratura, a straty poszkodowanych przez spółkę osób urosły do gigantycznej kwoty ponad 3 mld zł.

Foto: GG Parkiet

Niedługo potem wybuchła kolejna afera, w której główne role zagrali szef Komisji Nadzoru Finansowego Marek Chrzanowski i znany inwestor Leszek Czarnecki. Ten pierwszy miał zaoferować przychylność dla banków miliardera w zamian za 40 mln zł – szef KNF sugerował Czarneckiemu zatrudnienie kolegi z takimi właśnie apanażami. Nagranie tej propozycji trafiło do mediów, w wyniku czego szef KNF podał się do dymisji i został zatrzymany przez CBA. Afera odbiła się szerokim echem za granicą, negatywnie wpływając na postrzeganie polskiego rynku przez zagraniczny kapitał.

Przez hossy i bessy

Największe emocje wśród inwestorów rozpalała jednak hossa, która dla dziennikarzy „Parkietu" i analityków zawsze była wyzwaniem z powodu podejmowania nieustannych prób przewidzenia końca trwającego trendu. U szczytu pamiętnej hossy lat 2003–2007, przy okazji okrągłej rocznicy październikowych krachów z lat 1987 i 1997, nie zawahano się postawić pytania: „czy grozi nam powtórka?". Wkrótce potem wieloletni trend wzrostowy załamał się i nastąpiło powolne osuwanie się od szczytów, a prawdziwy krach nastąpił dokładnie rok później, w październiku 2008 r., gdy upadek amerykańskiego banku Lehman Brothers wywołał ogólnoświatową panikę na giełdach.

Był to najpoważniejszy kryzys, z jakim przyszło się zmierzyć inwestorom w ciągu ostatnich 25 lat funkcjonowania „Parkietu". Relacje z giełdy zapełniały wówczas czołówki niemal wszystkich gazet i portali internetowych oraz głównych wydań telewizyjnych serwisów informacyjnych. Ogólnoświatowy kryzys na wiele miesięcy stał się tematem numer jeden nie tylko w mediach. Wówczas giełda znów była jednym z głównych obiektów zainteresowania Polaków – choć tym razem w negatywnym kontekście.

Gdy z początkiem 2009 r. doszło do ataku spekulacyjnego na złotego (w ciągu miesiąca kurs euro poszybował z 4 do 4,90 zł), pojawiły się kolejne kłopoty. W wyniku osłabienia się polskiej waluty wypłynął problem opcji walutowych, w które zaangażowało się kilkadziesiąt giełdowych firm. Część z nich ryzykowne transakcje zawierała w celach spekulacyjnych. Było to szokiem dla niczego nieświadomych inwestorów, bo spółki poinformowały o posiadaniu ryzykownych instrumentów, dopiero gdy straty z nich wynikające zaczęły zagrażać dalszemu funkcjonowaniu tych firm. Ryzykowna gra opcjami zebrała żniwo w postaci kilku spektakularnych bankructw.

Po bankructwie Lehmana rząd USA wprowadził plan ratunkowy dla banków, przekazując na ich ratowanie ogromne fundusze. Rozpoczęła się era wielkich rządowych programów stymulacyjnych.

Wkrótce po tym indeksy znów zaczęły rosnąć i na światowych giełdach zapanowała hossa, która na niektórych rynkach trwa do dzisiaj. Kolejna fala zwyżek nie ominęła Warszawy, jednak miała ona znacznie mniej spektakularny przebieg niż poprzednie hossy. W tym przypadku najbardziej udanym dla posiadaczy akcji okresem była pierwsza faza w latach 2009–2011, gdy notowania mocno przecenionych spółek dynamicznie odrabiały straty. Potem krajowe indeksy radziły sobie ze zmiennym szczęściem. To jednak wystarczyło, by z początkiem 2018 r. wynieść indeks WIG na nowy szczyt na poziomie prawie 68 tys. pkt.


Wideo komentarz

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA