W ciągu kilku ostatnich dni na łamach PARKIETU ukazały się trzy materiały poświęcone diagnozie postrzegania giełdy i rynku kapitałowego zarówno przez władze, jak i przez ?ludzi? oraz ocenie perspektyw jego rozwoju. Ze wszystkich trzech wynika, że nie jest dobrze, a będzie jeszcze gorzej. Może to tylko bessa nastraja nas tak pesymistycznie?

Dyskusję zainicjował prezes Izby Domów Maklerskich Krzysztof Wantoła, proponując powołanie sejmowej komisji zajmującej się rynkiem kapitałowym i giełdą. Reakcją na tę propozycję był tekst przewodniczącego Związku Maklerów i Doradców Krzysztofa Grabowskiego, w którym zgadzając się z tezą, że wśród polityków i władz państwowych brak jest zainteresowania funkcjonowaniem i rozwojem rynku kapitałowego, nie zgadza się jednak z ideą utworzenia komisji i wysuwa kontrpropozycję, by powstał przy Prezesie Rady Ministrów komitet doradczy lub koordynacyjny do spraw rynku kapitałowego. Z krytycznymi ocenami prezesa Wantoły nie zgadza się przewodniczący KPWiG Jacek Socha, ale nie miałby nic przeciw komisji, jeśli jej celem miałoby być promowanie i wzmacnianie roli rynku kapitałowego.Można by rzec ? to bardzo dobry znak, że dwaj przedstawiciele organizacji samorządowych inicjują tak ważną dyskusję i proponują konkretne rozwiązania. Oczywiście, realność tych propozycji ? a wybiegając oczami wyobraźni w dalszą przyszłość ? skuteczność i efektywność działań podejmowanych przez komisję lub komitet, a nawet oba te ciała na raz, to już zupełnie inna sprawa. Nie sądzę, by lobby związane z rynkiem kapitałowym było aż tak silne, by doprowadzić do powstania jakiegokolwiek ?ciała? przy rządzie lub Sejmie.Nawet zaś gdyby powstały ? cóż mogłyby przedsięwziąć, szczególnie po zapoznaniu się z wynikami badań Demoskopu i Pentora, prezentowanymi we wtorkowym PARKIECIE? Dane te są rzeczywiście przygnębiające, choć właściwie nie ma w nich żadnych ocen oraz wniosków, które nie były znane już wcześniej. Potwierdzają one jednak, niestety, pogłębianie się negatywnych zjawisk: coraz mniej jest aktywnych inwestorów, liczbę ponad miliona rachunków inwestycyjnych można włożyć między bajki, nawet ci nieliczni, którzy rachunek ten mają, od dawna nie dokonywali żadnych transakcji. Dane te na przestrzeni kilku ostatnich lat ciągle się pogarszają. Nie pomagają ani wielkie prywatyzacje, ani wielkie hossy. Sprzedaż akcji największych i najbardziej atrakcyjnych polskich firm już raczej nikogo nowego do rynku kapitałowego nie przyciągnie, bo niewiele ich zostało. Na szczęście ? mam nadzieję ? czeka nas jeszcze niejedna hossa, ale tu też nie można pokładać zbyt wielkich nadziei na pospolite ruszenie inwestorów. Przecież tak pesymistyczne wyniki badań uzyskano tuż po zakończeniu internetowej hossy (może to właśnie następujące po niej załamanie spowodowało, że nastroje badanych są tak podłe?). Trudno liczyć, że długotrwałe wzrosty kursów przyciągną nowych inwestorów, skoro ponad połowa badanych uważa, że giełda to loteria i hazard, a inwestowanie jest zbyt ryzykowne i skomplikowane.Czy lekiem na słabe zainteresowanie rynkiem kapitałowym ? i to nie tylko ze strony inwestorów, ale i emitentów ? może być powoływanie komisji sejmowych lub rządowych? Jeśli rząd nie ma z takich lub innych powodów spójnej polityki i strategii wobec rynku kapitałowego, to żadne komisje tego stanu rzeczy nie zmienią. Mało skuteczne ? przynajmniej w krótkim terminie ? są też wysiłki na rzecz tzw. edukacji ekonomicznej. Można oczywiście wprowadzić do szkół średnich odpowiedni przedmiot, np. podstawowe zagadnienia rynku kapitałowego i giełd papierów wartościowych. Ciekaw jestem tylko, kto by tego przedmiotu nauczał i jakie byłyby tego efekty. Oczywiście, popularyzować giełdę trzeba, ale nie sądzę, by był to klucz do spektakularnego rozwoju naszego rynku.Mówiąc szczerze, klucz taki trudno znaleźć. Najprościej można by powiedzieć tak ? akcje to towar, jak każdy inny i trzeba go umieć sprzedawać. To duża sztuka i nikt u nas się tym nie zajmuje, jeśli nie liczyć ofert pierwotnych. Nie ma aktywnych sprzedawców akcji na rynku wtórnym i sprzedawców giełdy jako takiej. Nie są nimi ani maklerzy, ani banki, ani nikt inny. Warto więc może przyjrzeć się bliżej sposobom wykreowania rynku w takich krajach, jak Turcja, Grecja i Chiny. Nie są one ani potęgami gospodarczymi, ani cywilizacyjnymi. Trudno podejrzewać, by tureckie dzieci uczyły się inwestowania w szkołach, greccy rolnicy mieli zacięcie do spekulacji, Chińczycy zaś nadwyżki finansowe i tradycje rynkowe. A jednak w każdym z tych państw jest znacznie więcej aktywnych inwestorów niż u nas (Chiny licząc w stosunku do liczby mieszkańców). W Grecji sukces przyniósł umiejętnie prowadzony proces prywatyzacji i zachęty w postaci np. obligacji uprawniających do zakupu akcji z dyskontem (skąd my to znamy?), w Chinach preferencje podatkowe. Czy rynkowi pomogły też specjalne komisje? Faktem jest, że w każdym z tych państw rząd kiedyś po prostu podjął decyzję o rozwoju rynku kapitałowego... N