Biura i domy maklerskie, podobnie jak giełda, działają w Polsce dziesięć lat. Cały sektor finansowy tworzył się od zera i tak jak inwestorzy jego pracownicy uczyli się wszystkiego od podstaw. Wprowadzali nowe produkty, rywalizowali między sobą w wojnie prowizyjnej, bankrutowali, łączyli się oraz wdrażali e-brokerage. Wraz z ich rozwojem przybywało maklerów i doradców. Jest ich jużokoło 2 tysięcy.
Próbowało wielu, przetrwało 38Z chwilą powstania giełdy Polska była pustynią usług maklerskich. Brakowało wszystkiego, a pierwsi inwestorzy musieli mieć przecież możliwość składania zleceń. Rynek był jednak zupełnie ?świeży?, nic więc dziwnego, że na tym pustkowiu biura maklerskie zaczęły wyrastać jedno po drugim. Już na koniec 1991 roku działało 20 przedsiębiorstw maklerskich, a w KPW leżały kolejne wnioski. Oczywiście, prym wiodły biura bankowe. Banki miały przecież gotową infrastrukturę, czyli rozbudowaną sieć placówek, i jedynym kłopotem było wydzielenie miejsca na Punkt Obsługi Klienta. Kolejno zaczęły więc powstawać nowe sieci, rywalizujące o ustanowienie jak największej liczby POK, tak by dotrzeć do najdalszych zakątków kraju. Wyścig ten zdecydowanie wygrał CDM Pekao SA, który zarówno samodzielnie, jak i w drodze fuzji stał się właścicielem ponad 120 POK, przy ogólnej liczbie w granicach 530.Z bankowymi gigantami rywalizowali także malutcy. Ich skromne możliwości nie pozwalały jednak na budowanie szerokich sieci i zwykle poprzestawano na kilku, maksimum kilkunastu POK. Rekord pod tym względem ustanowił Beskidzki DM, który nie tylko zbudował własną bazę, ale i przejął ?po drodze? trzy mniejsze podmioty, zwiększając sieć do 23 POK.Nie wszyscy wytrzymali jednak konkurencję. Kto dziś pamięta o takich brokerach, jak chociażby Sopocki DM, Miejski DM z Wrocławia, DM Partner z Łodzi. Nie wszyscy zdołali się utrzymać. Część upadła z wielkim hukiem, jak np. DM Animex Banku. Sprawa o to, czy środki zgromadzone na rachunkach inwestycyjnych należy potraktować jak pieniądze zgromadzone w bankach, czy też powinno się wobec nich zastosować odrębną procedurę, ciągnęła się latami. Wreszcie uznano, że są to pieniądze banku, a po interwencji KPW wypłacano środki jak z odrębnego pomiotu.W sumie, przez nasz rynek ?przewinęły? się 54 podmioty, by ostatecznie ustabilizować się na poziomie 38. Ta liczba jest już dość stabilna, jednak w wyniku konsolidacji banków oraz ? być może ? także kilku mniejszych podmiotów, może się jeszcze zmniejszyć do około 32?34.Inwestorów więcej i więcej, ale...Burzliwe zmiany, gwałtowna hossa i późniejsze otrzeźwienie miały swoje konsekwencje w zainteresowaniu polskim rynkiem. Początkowo liczba rachunków rosła dosyć mozolnie, by później przekształcić się w gwałtowny przyrost i wreszcie zatrzymać. Co gorsza, ostatni etap był połączony z ?wygaśnięciem? aktywności większości inwestorów, którzy niejednokrotnie już nigdy nie powrócili na rynek. I nic w tym dziwnego. Uraz psychiczny przeliczany na znikające złotówki był naprawdę duży.Tylko sporadycznie liczba rachunków zwiększała się jednorazowo przy okazji wielkich prywatyzacji, jednak run na biura maklerskie był krótkotrwały. Mimo to zdołał zwiększyć liczbę rachunków do ponad 1,2 mln. Niezmiennie jednak aktywność posiadaczy rachunków pozostawia wiele do życzenia. W zależności od przyjętych obostrzeń liczbę osób zainteresowanych giełdą szacuje się na nie więcej niż 200?300 tys. Cześć z nich składa jednak zlecenia np. tylko raz w roku, a to i tak niekiedy wyłącznie po to, by kupić kolejną serię obligacji.Nowy zawód ? duży prestiżRozwój biur maklerskich i coraz większa liczba rachunków inwestycyjnych stworzyły nową grupę zawodową ? maklerów i doradców inwestycyjnych. Ktoś przecież musiał obsłużyć rzeszę składających zlecenia i oczekujących porady. W początkowym okresie do pracy przyjmowano chyba wszystkich chętnych, którzy tylko zdali egzamin. Efekt był taki, iż płaca młodej kadry rosła szybko, lecz nie towarzyszył temu wzrost odpowiedzialności. Ta bowiem przez lata pozostawała taka sama, a ograniczała się do ?przeklepania? do komputera tego, co przekazywał inwestor i podania kilku papierów do podpisu. Na tym koniec. Nic też dziwnego, iż do takich sprzedawców na długo przylgnęło określenie ?maklomat?, którego autorem był ponoć sam prezes GPW Wiesław Rozłucki. Rynek szybko nasycił się takimi pośrednikamia i coraz częściej zaczęły się pojawiać głosy o niewspółmiernym do płacy zaangażowaniu. Płace zatrzymały się lub nawet spadły, a liczba kandydatów do egzaminu znacznie zmalała.Co innego doradcy inwestycyjni. To prawdziwa elita nowych czasów. Prestiż i pieniądze związane z tym zawodem były naprawdę ogromne. O każdego nowego doradcę biły się banki i biura maklerskie, oni sami zaś mogli przebierać w ofertach. Oczywiście, tu również czas zmniejszył (w skali względnej) poziom dochodów, lecz tak hermetyczna grupa zawodowa, składająca się z 184 osób, to naprawdę ewenement, zwłaszcza że do zawodu nie garną się masowo kolejni chętni.Kolejka, telefon, internetPraca w biurach maklerskich wielokrotnie zmieniała swoje oblicze. Początkowo, zwłaszcza podczas ofert publicznych metodą ?kto pierwszy, ten lepszy?, w POK kłębiły się tłumy świeżo upieczonych kapitalistów. Choć kraj opanowywała już gospodarka rynkowa, jak na ironię właśnie w obrębie jej symbolu, czyli giełdy, zaczęły znowu powstawać listy społeczne i zapisy w kolejkach. Pojawili się także tzw. stacze. W tych pionierskich czasach nie było przecież możliwości składania zleceń przez telefon, co dziś wzbudza już tylko uśmiech. Ale w końcu i tu nastąpił przełom. Pojawiły się pierwsze oferty, w których nie decydowała kolejność zapisów, a przydział papierów następował na zasadzie proporcjonalnej redukcji. Pierwsze biura zaoferowały przyjmowanie zleceń przez telefon, a z POK zniknęły kolejki.Nowy biznes nieco się ucywilizował, ale ciągle brakowało jeszcze wiele z tego, co można było obserwować w zachodnich filmach. Maklerzy nadal nie mogli przecież swobodnie rozmawiać z klientem, gdyż ten ostatni z definicji miał być wszystkowiedzący, a przekazywanie chociażby podstawowych wyjaśnień na temat aktualnego stanu rynku nosiło znamiona rekomendowania, zarezerwowanego dla doradców inwestycyjnych. Po kilku latach bojów zmieniono te ograniczenia i makler wreszcie mógł stać się sprzedawcą papierów wartościowych z prawdziwego zdarzenia. W dobrej wierze mógł podzielić się ze swoim klientem wiedzą na temat sytuacji rynkowej, oczekiwań co do wahań kursów czy też komentować sytuację w danej spółce. Ostatecznie pierwszych rekomendacji udzielono wiosną 1998 roku.Kolejny przełom miał jednak dopiero nastąpić. Było nim, oczywiście, wprowadzenie do biur maklerskich internetu. Zaczęło się skromnie, od DM BOŚ, który był także pionierem na skalę europejską. Wkrótce do obsługi e-brokerage rzucili się kolejni i teraz to właśnie składanie zleceń za pomocą sieci staje się standardem. Oferuje je już blisko połowa brokerów. Sieć służy jednak nie tylko do składania dyspozycji, ale również do komunikacji inwestora z biurem maklerskm, przekazywania rekomendacji czy też dystrybucji gazetek internetowych.
Adam Mielczarek