Gospodarcza machina świata kręci się coraz wolniej, a fotele menedżerów stają się coraz bardziej chybotliwe. Korporacyjne życie głaszcze ich nierówno, nie każdy ma taką zdolność przetrwania i konkurencyjny pazur, jak Jack Welch.
Ten legendarny menedżer, który całe zawodowe życie związał z koncernem General Electric,u schyłku kariery wykoncypował fuzję swojej firmy z Honeywellem. Gdyby się udała ? byłaby to największa w historii tego rodzaju transakcja. Ale nie wypaliła, gdyż została rozładowana przez Włocha Mario Montiego, który z brukselskich wyżyn troszczy się o przestrzeganie zasad fair play na polu konkurencyjności. Powiedział ?nie?, ale wydobył kilka ciepłych słów pod adresem prezesa GE, największej spółki na świecie pod względem kapitalizacji rynkowej. Praca z ?global icon? była dlań wielkim honorem.Dla Welcha mniejszym, jeśli w ogóle... Nie odwzajemnił uprzejmości. Zamiast odejść na planowaną emeryturę w glorii niezwyciężonego przedsiębiorcy, doznał dotkliwej porażki i w stan spoczynku przejdzie wcześniej niż zamierzał. Jego niedoszły partner, szef Honeywell, za niepowodzenie fuzji zapłacił stanowiskiem.Janet Lowe w książce poświęconej Welchowi zauważa, że potęga finansowa General Electric jest większa niż niejednego suwerennego państwa, ale także to ? a może nawet przede wszystkim ? że 100 USD zainwestowane w akcje GE w 1980 roku w 1999 r. urosło do 7183 USD. Jest to wynik trzykrotnie lepszy od średniej przemysłowej Dow Jonesa. W tej sytuacji powściągliwość akcjonariuszy w obliczu nieudanej fuzji GE z Honeywellem była zrozumiała.Niektórzy udziałowcy Motoroli są mniej wyrozumiali i bardziej niecierpliwi, bo mają niewiele powodów do zadowolenia. Firma ta po piętnastu latach zysków przez ostatnie kwartały ponosi straty. Niektórzy chcą zwolnić Chrisa Galvina, wnuka założyciela tej korporacji, z funkcji prezesa, bo nie widzą ?materialnych rezultatów? wskazujących na poprawę kondycji firmy, a zwłaszcza jej perspektyw. W ubiegłym roku rada nadzorcza obcięła mu premię o 34%.Pouczająca jest kariera ?gadatliwego? Irlandczyka Frana Rooneya, do niedawna szefa firmy Baltimore Technologies, byłego trenera żeńskiej reprezentacji piłkarskiej. Po serii skutecznych eksplozji optymizmu utracił on niezwykle cenną umiejętność windowania ceny akcji swojej korporacji. Co się odezwał, to rosły.W okresie czterech miesięcy potrafił w ten prosty sposób zwiększyć kapitalizację Baltimore Technologies ponad sześciokrotnie, do 9,1 mld euro. W marcu tego roku podczas seminarium na temat technologii, jak informuje ?Wall Street Journal?, powiedział jedno słowo za dużo i w ciągu jednej sesji wyparowało 20% kapitalizacji. Ni przypiął ni przyłatał wypsnęło mu się złowrogie słowo na ?s? (slowdown, czyli spowolnienie) przyjęte przez słuchaczy w grobowej ciszy. Później spółka ostrzegała inwestorów, że wyniki będą poniżej oczekiwań i Rooney został zwolniony. Uznano, że nie jest wystarczająco wiarygodny, by kierować spółką.Jacy menedżerowie są na fali? Ostatnio dużo mówi się o Edwardzie Zanderze z Sun Microsystems. Jego główna zaleta to talent do restrukturyzacji dużych korporacji, umie radzić sobie ze spadającą sprzedażą i nieprzyjaznym rynkiem kapitałowym. O zwycięskich starciach na tych frontach świadczą ponoć liczne, aczkolwiek umowne ?blizny?. Łowcy głów zabijają się, by go pozyskać dla swoich klientów. Na jego szczęście takich menedżerów jest niewielu, nawet jeśli mimo wszystko uwzględnimy Galvina, który zapewniał: ?Wiemy, jak radzić sobie w warunkach recesji i będziemy bardzo skupieni na tym, by doprowadzić do poprawy wyników?. Tylko gdzie te blizny? N