Polskie akcje na marginesie

Z analizy półrocznych raportów funduszy inwestycyjnych, lokujących na emergingmarkets, widać malejące dla zagranicznych inwestorów znaczenie naszego kraju.Atrakcyjność inwestycyjna plasuje Polskę mniej więcej pomiędzy Malezją, Turcją i Chile.W wyścigu po zagraniczne pieniądze wyprzedziły nas Chiny i Rosja. Najwyżej ocenianesą Korea Południowa i Tajwan. Wysoki udział w portfelach mają akcje z Meksyku i Brazylii.

Michał ŚliwińskiZagraniczne fundusze inwestycyjne, lokujące aktywa w akcje spółek z rynków rozwijających się, niestety, traktują Polskę marginalnie. Walory polskich firm stanowią nie więcej niż 1?2% aktywów funduszy ogółem.Wśród spółek mających największe udziały w portfelach (top ten holdings) tylko w funduszu Credit Suisse Equity Fund ? Eastern Europe są wyszczególnione znaczące pozycje w akcjach spółek z GPW. Nie jest to jednak fundusz lokujący na wszystkich rynkach rozwijających się, jego inwestycje ograniczają się jedynie do Europy Wschodniej. Znaczącą pozycję w portfelu CSEF-EU mają Pekao SA (4,68%) oraz Telekomunikacja Polska (3,23%). Pod względem udziału w aktywach funduszu zajęły one odpowiednio 8. i 10. miejsce. Polskie przedsiębiorstwa zostały wyprzedzone przez firmy węgierskie oraz rosyjskie. To, że wymienione kraje są bardziej atrakcyjne niż Polska, widać po dywersyfikacji terytorialnej omawianego portfela. Aż 41-proc. udział mają w nim akcje spółek rosyjskich, 23% to spółki z Węgier, 21,09% to polskie walory. Za nami są tylko Czechy ? 9,05%.Marginalne znaczenie mają polskie firmy dla funduszu akcyjnego Credit Suisse, inwestującego na wszystkich emerging markets. Polskie papiery to zaledwie 0,57% całości. Największą wagę mają akcje z Korei (14,84%) oraz Tajwanu (14,76%). 10% stanowią walory z Meksyku i Hongkongu. Z krajów naszego regionu aż 5,34-proc. udział w portfelu mają papiery firm rosyjskich. ? Zagraniczni inwestorzy wolą inwestować na rynku rosyjskim, fundamenty tamtej gospodarki są znacznie lepsze od polskich. W Rosji jest o wiele wyższy wzrost gospodarczy, po kryzysie sprzed kilku lat widać u nich wyraźne ożywienie. W Polsce jest za dużo ?tykających bomb?, takich jak mało przejrzysta polityka fiskalna i monetarna oraz niski wzrost PKB. Nic dziwnego, że aktywa zagranicznych funduszy odpływają z GPW ? uważa Marcin Mróz, ekonomista Société Générale.

To, jaką pozycję w funduszach inwestujących na emerging markets zajmują polskie akcje, jest w dużym stopniu uzależnione od tego, jaki udział mają w indeksie Morgan Stanley Capital Invest EM. Jest to benchmark, który pokazuje wagę, jaką powinny mieć aktywa z danego kraju w portfelu funduszu emerging markets. Na razie nie najgorzej reprezentowana jest w nim Polska, która ma 3,4-proc. udział. Jednak fundusze inwestujące na emerging markets w praktyce niedoważają nasz kraj w stosunku do jego udziału w indeksie Morgan Stanley. Złe postrzeganie Polski przez zagranicznych zarządzających może spowodować, że nasz udział w benchmarku zmaleje ? na pewno w efekcie zwiększy się waga Rosji czy Węgier. Mogą się również zwiększyć udziały innych krajów, które już teraz są uważane za dużo bardziej atrakcyjne i bezpieczniejsze od Polski. W MSCI EM najmocniej reprezentowane są Meksyk, Tajwan, Korea, RPA, Indie, Brazylia i Chiny. ? Nie dziwi wysoka pozycja Meksyku ? kraj ten jest bardzo uzależniony od USA. Jego gospodarka jest też silnie uzależniona od ceny ropy. Te dwa czynniki tłumaczą, dlaczego wśród krajów rozwijających się, Meksyk uważany jest za najbezpieczniejszy. Z kolei Rosja zarabia na wysokich cenach surowców ? w sytuacji ogólnoświatowego obniżenia wzrostu gospodarczego strategia niektórych inwestujących zakłada przerzucanie aktywów na rynki towarowe. Natomiast specyfika gospodarki rosyjskiej powoduje, że kraj ten może być uważany za pewnego rodzaju commodities ? twierdzi Tomasz Stadnik, doradca inwestycyjny Credit Suisse Asset Management.Oprócz azjatyckich tygrysów, wysoko oceniane są także Chiny i Indie, spółki w są bardzo często obecne w portfelach funduszy emerging markets. ? Nie zaskakuje obecność Chin. Państwo to ze względu na swoją wielkość jest gigantycznym odbiorcą usług i towarów. Wzrost gospodarczy może być tam generowany tylko poprzez popyt wewnętrzny. Na pewno niewielki stopień umocowania Chin w gospodarce światowej eliminuje możliwość wystąpienia tam kryzysu, z powodu np. spowolnienia gospodarki światowej. Dlatego inwestycja tam jest dość bezpieczna ? dodaje Tomasz Stadnik.Preferowanie inwestycji w wymienionych krajach potwierdza skład portfela Goldman Sachs Emerging Markets Equity Fund. W stosunku do wagi wyrażonej w indeksie MSCI EM, przeważył on udział spółek z Meksyku, Tajwanu, Korei i RPA. Powiększone zostały także pozycje na walorach firm rosyjskich i indyjskich. Fundusz ten nie podał udziału w jego aktywach firm z polskiej giełdy, co oznacza, że był on mniejszy niż 1%. Kraje z dużym udziałem w benchmarku MSCI EM dominują też w portfelu Pioneer Funds ? Emerging Markets Equity. Również i tu udział polskich firm nie przekracza 1%. W portfelu HSBC Emerging Markets Fund, spółki z WGPW stanowią 1,8% aktywów. Także i w tym podmiocie, największą wagę mają kraje otwierające indeks MSCI EM. Żaden ze wspomnianych funduszy nie wymienia polskiego przedsiębiorstwa, jako tego, które ma znaczący udział w aktywach. Dla polskiego inwestora najważniejsze jest, czy Polska ma szansę na polepszenie swojej pozycji w portfelach zagranicznych funduszy lokujących na emerging markets? ? W ciągu najbliższych 6 miesięcy ? raczej nie. Natomiast w dłuższej perspektywie tak. W tej chwili z krajami wschodniej Azji czy też niektórymi południowoamerykańskimi nie możemy konkurować. Tamte gospodarki są po prostu ciekawsze, mają do zaproponowania nowe produkty lub interesujące prywatyzacje. Część z nich jest atrakcyjna poprzez swoje bogactwa naturalne, co związane jest z aktualnymi wysokimi cenami surowców. Szansę na lepsze postrzeganie Polski widzę w zmianie władzy oraz spodziewanym wejściu do Unii Europejskiej. Być może w perspektywie roku będziemy tak atrakcyjni jak Rosja, natomiast poczekamy znacznie dłużej, aby dorównać Korei, Tajwanowi czy Meksykowi ? uważa Krzysztof Błędowski, ekonomista.

Michał Śliwiń[email protected]